niedziela, 6 listopada 2011

Definicja postaci

Jakaś naturalna kontynuacja poprzedniego tematu. Lubię jak przemyślenia składają się w całość, jedne prowadzą do kolejnych. Daje poczucie jakiejś komplementarności, spójności systemu. Kolejny krok posuwa system naprzód, lub niespójność w nim każe wrócić i przemyśleć poprzednie wnioski. I ubogacić je o kolejny punkt widzenia.

Definiowanie własnej osoby – czym się definiujemy? Zawodem?

Ewan McGregor, aktor.

Podczas pisania „Adventurer” przeglądałem listę współczesnych adventurerów. I zdziwko, znajdując tam Ewana McGregora, znanego mi dotychczas jako Obi-Wan-Kenobi z części I Star Wars. Okazuje się, że Ewan zjechał świat motorem (Long Way Round – dookoła świata) i Long Way Down (ze Szkocji do Cape Town). Ale na pierwszy rzut oka to go nie definiuje – a to nieliche i ciekawe dokonanie.

Coming back on my final flight from the South Pacific last night, I sat next to a business traveler. In between Blackberrying and reading legal files, she gave me her brief attention.

She asked: “Do you travel for work?”

I said: “Not really. I travel for life.”

“That’s interesting,” she said as she returned to her files.
- Chris Guillebeau, The Art of Non-Conformity blog

W filmach/serialach często pada pytanie What do you do for living? W Stanach kultura wręcz oparta jest na tym, że często podaje się zawód, pyta się o niego i określa osobę przez jego pryzmat. To, jak zarabiasz na życie, definiuje Ciebie. Ostatnio pierwsze pytanie na temat mojej osoby od nowo poznanej dziewczyny brzmiało "Gdzie pracujesz?"... Istotne, ale nie najbardziej.

Definicja przez największe dokonanie?

Marek Kamiński, zdobywca dwóch biegunów w ciągu jednego roku.

A co z innymi dokonaniami? Zagłębiam się teraz w książkę „Wyprawa” Marka Kamińskiego… i te bieguny to nie jest według niego jego kluczowe osiągnięcie. Był w wielu innych miejscach i dokonał na wielu innych polach dużo dobrego (wyprawa z Jaśkiem Melą, wyprawa przez pustynię Gibsona, przepłynięcie jachtem Atlantyku, wejście na Mount Vinson przeprawiając się samotnie przez pole lodowcowe…). I w ogóle wyprawy w sensie fizycznego przemieszczania się nie są tym co jest najważniejsze dla niego.

Przez zainteresowania?

Na 19-tkę dostałem super rysunek od Chrupka:


I tak wielu mnie postrzegało. Jest Kafka – musi być gitara. Czy gdybym przestał grać na gitarze, a pozostałe 999 rzeczy zostało niezmienione… czy byłbym sobą? Przez jakiś rok gdzieś w okolicy 2008-2010 prawie w ogóle nie grałem, nie ćwiczyłem, nie nagrywałem. Niewiele piosenek powstało. A jakoś pozostałem w tym czasie sobą (chyba?). Z czego mógłbym zrezygnować, żeby nadal pozostać w zgodzie ze sobą? Ile musiałbym nowych rzeczy dodać do „swojej postaci”, żeby przestać być sobą? Wyjść poza ramy obecnego „ja”?

Ile z tego, co definiuje, musiałoby się zmienić, żeby powiedzieć „on już nie jest sobą”? Albo „nie jest tym, kogo znałem”?

Można zrobić sobie listę tego, co nas charakteryzuje. Cechy charakterystyczne – zainteresowania, dążenia, czynności którym poświęcamy czas, które posiadamy (tak , „posiadacz to też definicja…”). I potem nad każdą z nich zastanowić się – czy gdybym z tego zrezygnował, to nadal byłbym „sobą”? Czy gdybym przestał coś robić, to byłoby to „moje”? Czy nadal byłoby to, o co w tym wszystkim chodzi?

Potrafiłem zrezygnować z pieczywa, prawie całkowicie – detal w definicji postaci (choć niektórzy nie potrafią sobie tego wyobrazić). Nie potrafię zrezygnować z muzyki. Potrafiłbym zrezygnować z wielu rzeczy w życiu, wiele zamieniłem na inne, kilka byłoby niezmiernie ciężko zostawić. Kilka doszło w międzyczasie – bo np. na góry tak duże ciśnienie mam dopiero od półtorej roku. Jak to zmieniło moją „esencję”?

Jeśli człowieka spłaszczyć do jednego zdania, to robi się monotonnie, jakkolwiek wybitne dokonanie by to nie było. Jak długie powinno być zdanie, żeby oddać całą postać? Jakim jednym zdaniem sam byś siebie zdefiniował?

czwartek, 3 listopada 2011

Adventurer

Filtrowy wstęp

Wiadomo, że filtrujemy rzeczywistość i docierają do nas tylko wybitnie przebrane informacje. Tzn. nagle „zaczynamy dostrzegać”, że coś co przed chwilą poznaliśmy albo czym się fascynujemy – jest tego więcej w przyrodzie niż jeszcze chwilę przed poznaniem. Jesteśmy bardziej wyczuleni na to. Nie „odfiltrowujemy” tego mózgiem.

I mój filtr ostatnio jest nastawiony na poszukiwaczy przygód.

Adventurer właściwy

Wczoraj wieczorem zafascynowany obejrzałem Into the Wild. Piękne marzenia i czyny, chociaż wybitnie głupie miejscami (no nie zabrać kompasu w dzicz, tylko dla zasady? Kaman…). Ale pierwsza część podróży McCandlessa vel Supertrampa i jego zamysł – podróż z niewielkimi środkami, po co? Żeby zdobywać doświadczenie. Żeby przeżyć przygodę. Zatrudniać się tymczasowo, gdy potrzeba kasy, bez wielkich sentymentów i zobowiązań – a potem dalej. Supertramp pomagał w żniwach, a potem płynął kajakiem przez Wielki Kanion. Sprzedawał książki, a potem obozował na stokach gór.  Można powiedzieć, że poszukiwacz przygód (słabe słowo to tłumaczenie z angielskiego).

Z samego rana dzień później (dziś) w biurze widzę opis Wiela:  

Although freelancers today are usually designers, writers, programmers, photographers, or illustrators; a few centuries ago the word freelance had a whole other meaning. Back then mercenary knights or ‘free lances’ were soldiers for hire, named for the long poles they carried and the freedom they had in whom they fought.
- Cyan & Collin Ta’eed, How to be a rockstar freelancer

Nadal w tematyce wolnego zawodu, profesji która pozwala na pewną swobodę w kształtowaniu. Dnia, trybu pracy, jej intensywności.

A zaraz potem rozmowa w pracy z Hanią, która opowiedziała o swoim koledze architekcie, który raz na jakiś czas coś zaprojektuje, ale tak to jeździ po świecie w dziwnych konfiguracjach, a to zahaczy się na misję w Afganistanie, a to przejdzie samotnie Pireneje.

Profesja „poszukiwacza przygód” (tłumaczenie terminu adventurer brzmi wieśniacko po polsku) jest naturalna w filmach, książkach, w rpgach. Nie jest naturalna w życiu. Włóczenie się po świecie tylko po to, żeby zdobywać „doświadczenie” i stawać się coraz potężniejszym w swoich zdolnościach i umiejętnościach – gromadzić kolejne przygody… To nie jest coś co się radzi ludziom jako „karierę”.

- Jaki ma pan zawód?

- Poszukuję przygód. Zbieram różnorodne doświadczenia.

(Dlaczego definiujemy siebie przez zawód? Kim jesteś - lekarzem, policjantem, pracownikiem biurowym...)

A gdyby tak się zastanowić? Jak z poszukiwania przygód można uczynić swoją profesję? A właściwie to swój styl życia podporządkować zbieraniu jak największej liczby doświadczeń, jak największemu rozwojowi siebie?

Rozwój jako szkolenia, uniwersytety. To, czego można się nauczyć w cieple biblioteki jest niezwykle ważne. Ale jak w bibliotece czy na wykładzie można nauczyć się czegokolwiek o życiu, o świecie, o człowieku? Jak w bezpieczeństwie nauczyć się czegokolwiek o zaradności?

Czuję, że prawdziwy postęp i prawdziwe poznanie nieodłącznie związane są z drogą. Z ciągłym nieznanym, a więc i ciągłymi przygodami. Wraz ze zmieniającym się krajobrazem wokół zmieniają się warunki. Adaptowanie się do wciąż nowego otoczenia, nowej sytuacji – pozwala utrzymać ostrość zmysłów i nie uśpić ich pozornym komfortem. A wreszcie – dostarcza tyle punktów widzenia i zrozumienia natury rzeczy, że trudno o inny równie dobry sposób na rozwój.

O drodze więcej dowiesz się idąc, niż studiując mapy.
— Pam Brown

Rozwój to droga.

wtorek, 1 listopada 2011

Cohabitat

Piękne wytłumaczenie o co chodzi i co jest nie tak z istniejącym systemem, postępem i postępującą wolnością, która wolnością nie jest – w pierwszej części. W drugiej – koncepcja cohabitat, tworzenia mikrospołeczności współdecydujących o sobie, żyjących w zgodzie ze sobą. Aż żal, że nie byłem na tym, wszak to Gdynia.


Społeczności, ba, społeczeństwa alternatywne? Poza nurtem głównego zabiegania? Poza tworzeniem fikcyjnej wartości i sprzedawania jej, by zarobić i kupić inną fikcyjną wartość? Po to tylko, by zaspokoić swoje potrzeby pieniądzem albo rzeczą materialną? Zakupem? Czy może koncentracja na tym, co jest naprawdę, fizycznie potrzebne. Tym, co naprawdę nadaje wartość. Koncentracja na rozwoju.

Komfort czerpany nie z technologii i posiadania - a z tego, że się potrafi. Z tego, że jest czas na spędzanie go z fajnymi ludźmi. Że umysłem jest się właśnie w tym miejscu i w tej chwili, w której się jest. Społeczność żyjąca prawdziwym życiem i wytwarzająca prawdziwą, nie fikcyjną wartość. Robiąca coś, bo coś jest potrzebne. Spotykająca się, bo chce ze sobą przebywać, coś razem tworzyć. Czegoś się nieustannie od siebie uczyć.

Mimo potknięć retorycznych, to sens jest właściwy. Czy zmierzamy w dobrym kierunku, czy miejsca do mieszkania to środki do życia czy przeżycia? Czy jedzenie wytwarzamy ciągle lepsze czy gorsze? Czy techniki komunikacji polepszają czy pogarszają komunikację międzyludzką? Czy taki rozwój systemu finansowego z kredytowaniem itp. to większa swoboda czy może jej ograniczenie? Czy to wszystko służy rozwojowi, czy może regresowi?

I obawiam się, gdzie to wszystko zmierza. Wydaje mi się, że nie w tym kierunku co warto – przynajmniej nie dla mnie.

A zbudować dom – własną ręką, a nie płacąc za to firmie – dla mnie bezcenne. 

sobota, 29 października 2011

W akacje

Dobry pomysł na przeprojektowanie. Pomyśleć o idealnym czasie w czasie Twojego dnia, tygodnia, miesiąca, roku, wakacji czy niewakacji.

Siedzieć w kawiarni z tanim sokiem. Słuchać muzyki, którą kocham. Myśleć i pisać, trawić i tworzyć. I to, że nie ma wifi i tego całego świata, który to rozmywa, rozcieńcza wrażenia w zgiełku, w wiecznej obecności w NieTu. W tym, czym zaraz trzeba będzie się zająć. W tym, co jest daleko po drugiej stronie kabelka.

Na skraju drogi gotować sobie jedzenie na kuchence gazowej. Kilometry w nogach, historie w pamięci, obrazy w aparacie. Być Teraz i być Jutro – tyle maks. Nie „za miesiąc mam…”, „za tydzień muszę…”, „do przyszłej środy…”.

Jak żyć tak jak się chce? Panie premierze, no jak żyć?

To dobre zadanie domowe, które nieustannie trzeba odrabiać. Żeby to życie nie było przetykaniem sprintu – praca do nocy albo do rana, milion spraw – dociągnąć do hardkorowego resetu urlopując z dala od wszystkiego. Żeby nie było dwóch żyć.

Żeby po okresie „obowiązkowej” bryndzy nie trzeba było sobie robić „wakacji” czy „urlopu”.

What you’ll do today is just preparing to plan
With frustration – your leisure, your once-in-time occasion,
Working three-six-five to have one week of vacation.
- Close down my head, VI.2011

Uspójnienie życia między tym co w wakacje a tym na co dzień – chyba najważniejsze wyzwanie. Nadanie jednego, spójnego kształtu, kierunku. Nie „gaszenie pożarów” i reagowanie na to co się dzieje, a raczej kształtowanie tego. Nie „ładowanie baterii” raz na rok, raz na pół – a po prostu nie rozładowywanie ich.

Instead of wondering when your next vacation is, maybe you should set up a life you don't need to escape from.
- Seth Godin

Tymczasem mam wrażenie, że to właśnie gdzieś umyka. Wielu ludziom, nie tylko mi. Przekładanie życia na później, „tylko dociągnę to do końca i już będzie spokój”, „teraz trochę przycisnę ale potem odpocznę”, „no na razie sobie odpuszczę X, ale jak się zrobi mniej do roboty to wrócę do tego”. Czasem myślę, że to najbardziej podstępny z toków myślenia. Bo rybaki (gdzieśtam w przeszłych postach).

Spróbujcie jechać sprintem 100m, truchtem 100m, sprintem 100m… Ja nazywam to murder-run, czasem stosuję. Na lekko normalnie przebiegam 8-10km. Murder-runem pocisnę może z 2km.

Spójność życia w pożądanym kształcie, na codzień. Tego trzeba. Jeden, dobry kierunek.

It is only possible to live happily-ever-after on a day-to-day basis.
- Margaret Bonnano

poniedziałek, 24 października 2011

Beskid Śląski

Dobra, jak się szybko nie napisze to potem wszystko umyka. A tego w Śląskim, mimo że krótko, to było sporo. Tym razem tryb relacji tematyczno-chronologiczny, a niech tam!
Tylko 30 godzin w górach, a było wszystko.

Szybka zmiana

Nieprzespana noc z czwartku na piątek – cisnąłem raport z badania. Dzień w Krakowie, wieczorem koncert Wilsona,  a w nocy z piątku na sobotę jazda osobówką, z przesiadką o 4. Rezultat – zamiast w Węgierskiej Górce obudziłem się przed Zwardoniem, kilkanaście kilometrów dalej. No to szybka zmiana planów, pod Baranią podchodzę od południa nie od wschodu


Samarytańska pomoc

Wyprzedzam dwie turystki to uprzejmie się pytam, czy też na Baranią (wiele więcej możliwości na tym szlaku na północ od Zwardonia nie ma, ale jest o co gębę roztworzyć). A one że nie, na Wielką Raczę. Ja oczy w kłąb, hmm. Sięgam po mapę. Wielka Racza jak byk na południe od Zwardonia i to ładny kawał.

- Bo myśmy chciały sobie niebieskim drogę skrócić… - tylko nie w tę stronę skróciły.

Kompas, drodzy państwo, kompas!


Stróż pies

Dalej za Koniakowem dołączył do mnie pies, kroczący przede mną przez dobre trzy kilometry. Zatrzymywał się i czekał, kiedy ja robiłem fotki. Szedł dalej, kiedy ja szedłem dalej. Odganiał inne psy, szczekające na mnie. Ot, dobry strażnik.


Porywacze mielonek

Pod wieczór osiadłem na Malinowskiej Skale, gotowy do nocy w okolicy. Siedzę jeszcze na drodze dla niepoznaki, zaczynam gotować strawę – makaron, mielona, sosik chiński zakupiony w Krakowie. Lubieżnie konsumuję prawie do końca, kiedy tuż obok mnie materializują się dwa psy. Tak jakieś 3 metry. Widocznie głodne. Trochę przydygany zaprosiłem je do stołu, oferując prawie pustą puszkę po mielonce i trochę makaronu. W końcu jakoś się dogadaliśmy, po posiłku każdy poszedł w swoją stronę.


Costa Brava

Niby do minus sześciu komfort – jednak nie. Nad ranem: „nigdy więcej nie śpię w namiocie w górach przy minusowej!”


Wschód

Otworzyłem wejście namiotu i zmiana na: „kiedy następny raz śpię w namiocie w górach przy minusowej?”. Niesamowite leżenie przez kilkadziesiąt minut i obserwacja jak rozwija się podniebna i naniebna sytuacja. Żadna fota tego nie uchwyci.



Filmik też.


Napór

Po 12-tej zszedłem do Szczyrku i zaczęło się robić ciasno. Niebawem pociąg z Bielska-Białej, a między mną a stacją masyw Klimczoka. W dodatku koniec batonów, koniec wody. Dwie godziny na 10 kilometrów i jakieś 700m podejść, no nie jest tragicznie – ale tempo trzeba niezłe narzucić. Udało się, w sam raz na busik do centrum. Hamburgs (prawie ślunska golonko) i pociąg.


Standardowo, fotony na Picasie.

Konkluzja końcowa - w góry nigdy nie jest za daleko i za długo jechać, nawet na 30 godzin wędrówki. 

czwartek, 20 października 2011

Poszukiwania w górach

Góry dają człowiekowi, poprzez zdobywanie wzniesień nieograniczony kontakt z przyrodą – poczucie wewnętrznego wyzwolenia, oczyszczenia, niezależności.

 Kto chce naprawdę odnaleźć samego siebie, musi nauczyć się obcowania z przyrodą.
- Jan Paweł II


Może dlatego ciągle góry i góry. Może dlatego odejście od technologii, a zwrócenie się ku przyrodzie. Może dlatego niezrozumienie dla świata opartego na innych wartościach, innych dążeniach, innej hierarchii.

Za chwilę koncert Stevena Wilsona, Beskid i szukanie. 

Może znajdowanie? W czym? W podróży? W muzyce? W górach? W samotności? W dali? W nie-tym-co-jest? W pustce? W ciszy? Dużo miejsc na szukanie.

Jeśli chcesz znaleźć źródło musisz iść w góry, pod prąd,
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,
Wiesz, że ono musi tu gdzieś być…
Strumieniu, leśny strumieniu, odsłoń mi tajemnicę swego początku.
- Jan Paweł II

Źródło, sedno, sens. Ukryty i niedogoniony jeszcze, ale widoczny na horyzoncie. Jeszcze do odszukania, jeszcze do odnalezienia.

Szukam, szukania mi trzeba
- Wojtek Bellon (Wolna Grupa Bukowina), Sielanka o domu

Szukanie za horyzontem, ale horyzont daleko. Jak w Alive, gdy pod koniec Parrado i Canessa po dwóch miesiącach od katastrofy ich samolotu w Andach i trzech dniach wędrówki w poszukiwaniu drogi z gór wchodzą na szczyt... i widzą tylko kolejne góry. Jak okiem sięgnąć.

- Mountains... nothing but mountains! We've had it! We've completely had it!
- No we haven't. Going through these mountains, somewhere there's a green valley. See those mountains? There's no snow on them.
- These mountains are 50 miles away! You think you can walk 50 miles?!
- If we have to, we will.
John Patrick Shanley, Alive

Ale to akurat taka negatywna metafora gór... choć i takie są potrzebne. Na razie podładowanie akumulatorów kolejną wyprawą. Tylko w ślad za intensywnym ładowaniem póki co idzie równie intensywne rozładowanie...Work hard and play hard. Na dłuższą metę to nie działa.

O, jak trzeba mi piękna gór
I myśli bezmyślnej nicości
(...) i życia w teraźniejszości
- Zuza Sołtys, Jak trzeba mi piękna gór


Może dla mnie tylko w górach, tylko w bezmyślnych myślach, które tam przywiozę ze sobą, które tam się urodzą, które zostawię na progu gór, jest odpowiedź? Każdy ma swoją, ukrytą w "swoim" miejscu.

wtorek, 18 października 2011

Rewolucja u drzwi?

Temat czekał u mnie na opisanie, aż wreszcie Oburzeni go wywlekli. 950 miast, 80 krajów.

Teza wstępna: Kapitalizm się nie sprawdza. Wolność gospodarcza się nie sprawdza. Liberalizm ekonomiczny się nie sprawdza.

Z jednej strony jestem skrajnym wolnorynkowcem – uwielbiam tezy Miltona Friedmana,  Rona Paula, a w Polsce podejście Korwin-Mikkego czy Wojciecha Cejrowskiego. Wolność gospodarcza, zniesienie ograniczeń państwa, restrykcji hamujących inicjatywę indywidualna. Własność i swoboda wyboru jako podstawa wszystkiego.

Człowiek chce jeździć samochodem bez pasów – proszę bardzo. Zginie – jego wina. Ktoś nie chce mieć publicznej opieki zdrowotnej – niech nie płaci, proszę bardzo. Zachorujesz – martw się i kombinuj z prywatną. Chcesz ściąć drzewo na swojej posesji – proszę bardzo, ścinaj. Nie chcesz zatrudniać kobiet w swojej firmie – Twoje prawo. Jeśli to odbije się na wynikach Twojej firmy – to Twoja sprawa. Itp. itd. Wolność decydowania o swojej osobie, o swojej własności.

Wolność mojej pięści jest ograniczona bliskością Twojego nosa.
- jedno z powiedzeń libertarianizmu

W skrócie - nikomu nic do moich decyzji, mojego zdrowia czy moich pieniędzy. Nie uszczęśliwiajcie mnie na siłę.

Z drugiej strony – filmy takie jak Inside Job ( o źródłach bieżącego kryzysu),  The Yes Men Fix the World (o niewłaściwym bądź wręcz zbrodniczym postępowaniu korporacji), czy książki jak No Logo Naomi Klein... Pokazują, że coś jest nie tak z systemem wolnorynkowym. Że zupełna wolność i brak kontroli wychodzi bokiem, bo wolny rynek nie wszystko jest w stanie zweryfikować – a przynajmniej nie w krótkim okresie. Bo zanim rynek się skuma i srogo odpłaci takiemu Nike’owi, który produkuje w sweatshopach w Azji czy Shellowi, który niszczy plemienne ziemie Ogoni, to prezesi się zmienią. Akcjonariusze spieniężą zyski. Firma upadnie, pozostanie tylko ludzka krzywda.


Polecam zarówno obydwa filmy, jak i książkę. Kopię w tego typu źródłach dalej.

Ludzkość rozwija się dzięki chciwości.

What kind of society isn't structured on greed?
- Milton Friedman

To, że ktoś chce mieć więcej, lepiej, sprawia, że ludziom się chce tworzyć. Brak czegoś motywuje do poszukiwania rozwiązań. Prawo do posiadania i chęć posiadania dużo jest motorem do rozwoju gospodarki kapitalistycznej – a zarazem jego największą i krytyczną wadą.

Co innego dojście ze stanu „-1” – braku, realnej potrzeby - do stanu „0” – równowagi, a co innego ze stanu „0” do stanu „+1” – zbytku, nadmiaru. W tym pierwszym przypadku łatamy dziury – gdy brak jest jedzenia, mieszkania, podstawowych rzeczy. Świat zachodni ma ten etap w znaczącej większości za sobą.

W drugim przypadku mamy podstawowe dobra do egzystencji – ale idziemy dalej. Po co wystarczająco zarabiać – lepiej milion dolarów (byle nie robaczywe). Trzy miliony rocznie. Wielka chata, jacht. Ok – ale w którymś momencie przekraczamy granicę. Jak nie prawa (bo to kosztuje), to etyki. Gdy głównym motorem jest pieniądz, a nie doing the right thing, to łatwo o wykroczenia. Nie przeciwko ONZ tylko przeciwko człowieczeństwu.


Obawiam się, że zniesienie restrykcji i kontroli nad poczynaniami przedsiębiorstw i przedsiębiorców zaprowadzi nas donikąd. Bo natura ludzka i chęć posiadania wypaczy tę wolność. Etyki i doing the right thing nie wymusimy prawem. Na przepis znajdzie się obejście. Na prawo, które każe np. Union Carbide zrekompensować straty za awarię w fabryce w 1984, gdzie zginęło ok. 20 tys. ludzi, znajdą się prawnicy. A pieniądze nie wynagrodzą cudzego życia poświęconego w imię pieniądza (cięcia kosztów, związane m.in. z bezpieczeństwem).

Chciwość bankierów doprowadza do kryzysu, za który płacimy wszyscy. To nie, że im brakowało na chleb. Im brakowało na dziesiąty samochód i piętnasty apartament.


Nie ze wszystkimi postulatami (o ile można jakieś skonkretyzować) Oburzonych się zgadzam – niektóre są na maksa socjalistyczne, bo domagać się zapewnienia pracy czy opieki zdrowotnej… Nie uważam za słuszne. Ktoś za to musi zapłacić przecież. Nie tędy droga, drogą nie jest odwrócenie teraz z kolei do lewicowych poglądów. Ale dobrze, że ludzie powoli kumają, że coś jest nie tak z tym systemem.


Za kapitalizm bez etyki serdecznie dziękuję. Za socjalizm ograniczający moją wolność też dziękuję. I nie chcę wybierać między tymi dwoma systemami. Czuję, że potrzebne jest coś nowego. Coś, na czego krawędzi być może jesteśmy. Coraz silniejsze ruchy obywatelskie, proetyczne, sektor pozarządowy, filozofie minimalistyczne, alterglobalistyczne i antykonsumpcjonistyczne... Radykalizowanie stosunku do rozluźnienia poglądów obyczajowych, krytyka powszechnej poprawności politycznej... Wiele kierunków.


Na szczęście antykorporacyjni i prodemokratyczni aktywiści nie prowadzą żadnej straszącej ogniem piekielnym krucjaty. Z  z a s a d y  występują przeciwko systemom scentralizowanej władzy i są równie krytyczni wobec lewicowych rozwiązań typu "to samo jest dobre dla wszystkich", co prawicowej logiki rynku. Często mówi się z lekceważeniem, że ruchowi temu brakuje ideologii, uniwersalnego przesłania, planu generalnego. (...) Co to będzie? Dziesięciopunktowy plan? Nowa doktryna polityczna? 

Niewykluczone, że będzie to coś całkiem nowego. Nie żadna wyświechtana ideologia zaciekłej walki z fundamentalizmem, czy to wolnorynkowym, czy islamskim, lecz plan chronienia wielu możliwości i rozwoju wielu światów, bo świat, jak mówią zapatyści, zawiera w sobie wiele światów.
- Naomi Klein, No Logo

Rewolucja u drzwi?