piątek, 14 października 2011

Ryzyko i rybaki

- Panie, co pan, z jedną rybą do domu wracasz? Toż dopiero ranek! Nie biorą czy kie licho?

- Biorą panie aż miło. Ale na co mi więcej? Przedwczoraj złapałem jedną, to na trzy dni na obiad starczy, zupa fest. Te co wczoraj i dzisiaj złapałem, to sprzedam na targu i kupię sobie buty.

- No ale co będziesz pan robił przez resztę dnia?

- Leżał i odpoczywał, przecież piękne słońce.

- Jak tak biorą, to ja bym stał cały dzień i nałowił z piętnaście ryb.

- Ano można. I co z nimi?

- Sprzedałbym. Pół roku takiej pracy i kuter bym kupił, to i sto ryb dziennie bym łowił na morzu.

- Pewnie, rybów u nas dostatek… A co z nimi wszystkimi?

- Po roku to bym całą flotę miał, zatrudniał ludzi, magazyny, chłodnie… A za pięć lat miałbym istne rybne imperium!

- I co wtedy będzie pan robił?

- Leżał i odpoczywał w słońcu!

- …

Znana storyjka, przypomniana mi ostatnio przez Maćka. Z drugiej strony, bajka o mrówce co gromadziła zapasy, a pasikonik się bawił całe lato. Przyszła zima, mrówka miała co jeść a pasikonik zdechł.

Kwestia analizy ryzyka w stosunku do celu. Ostatecznym celem „życia” obu osób było leżeć w słońcu i odpoczywać. Co, jak rybak połamie rękę i nie będzie mógł łowić? Głód i ubóstwo – albo zmiana (zbiory grzybów czy malowanie ludziom płotów). Co, jak zachoruje i będzie musiał leżeć w łóżku – głód, ubóstwo i śmierć.

Co, jak drugi z rybaków połamie rękę i nie będzie mógł łowić? Będzie miał odłożone na tyle dużo, że przejdzie przez to. Co, jak zachoruje i będzie musiał leżeć w łóżku – przejdzie czas choroby dzięki oszczędnościom.

Co, jak po czterech latach obaj zginą w wypadku pociągu, którym jechali do miasta? Pierwszy przeżył cztery lata leżąc w słońcu i odpoczywając. Drugi – pracując na przyszłą realizację celu, która nigdy nie będzie mu dana.

Co, jak pierwszy straci majątek (kradzież, włamanie)? Głód i ubóstwo albo zmiana. W kilka dni zarobi na nową wędkę. Co, jak drugi straci majątek (nieuczciwy wspólnik, zły kontrakt, pozew o odszkodowanie)? Zaczyna od zera budowanie rybnego imperium lub cofa się o kilka lat w realizacji swojego celu.

I tu zwodniczość planu rentierskiego, jeśli nie jest quick enough. Niby droga do wolności, bierny dochód, ale...

Spędzanie czasu na zabezpieczaniu się na wszystkie ewentualności może skutkować tym, że nie ma czasu żyć – a i tak przed wszystkim się nie zabezpieczymy i szlag może trafić cały plan. Tak naszło w trakcie zabezpieczania się w ostatni weekend przed potencjalnym brakiem pracy kiedyś w przyszłości, mimo że dotychczas nie miałem żadnego problemu z jej znalezieniem.

Dziś przynajmniej czas na gitarkę.

poniedziałek, 10 października 2011

Cairngorms

Tym razem relacja nie zagadnieniami, a krok-po-kroku - nie ma co pozostawać w jednej konwencji. Opis trasy, informacje praktyczne, wrażenia.

Poszukiwania tego co nieuczęszczane zaprowadziły nas do szkockiego pasma Cairngorm w Grampianach Wschodnich. Długie rozważania gdzie jechać – zachód z oceanicznymi zatokami wrzynającymi się w ląd, najwyższym szczytem UK Ben Nevis, czy może właśnie wschód ze swoimi pustkowiami i… pustkowiami. W końcu wygrał wschód – właśnie przez to, że jest często pomijany – bo kto by chciał drugi co do wysokości szczyt (skromne 1309m. n.p.m. Ben MacDui). Cóż, wybory - wszystkiego się nie zobaczy, ale wróci się za rok.

W żarcie zaopatrzeni w Biedronce, za to w mapy dopiero w Waterstone w Londynie. Fenomenalne mapy Ordnance Survey 1:25 000, po 8 GBP od sztuki. Niestety, Cairngormy mieszczą nam się dopiero na dwóch takowych (Cairn Gorm & Aviemore oraz Braemar, Tomintoul & Glen Avon). Dokładność wyśmienita, na lepszych jeszcze nie miałem przyjemności chodzić. Dodatkowo - aktualizowane w 2007.


Dzień pierwszy – Loch Batman

Transport pod który podczepiliśmy się z Polski wyrzucił nas w Perth, jakieś 80 mil od miejsca przeznaczenia (Aviemore). Szybkie rozeznanie w info turystycznej – autobus za 5 minut. ”But you won’t make it, it’s all across the town…”. My nie zdążymy? Za 5 minut siedzimy w busie, płacąc haracz w wysokości ok. 14 GBP od osoby za ten dystans. Pomocne info – działają zniżki na Euro 26 (20% zniżki).

W Aviemore kolejny raz do informacji turystycznej po mapkę, zakup Scottish Butter Tablet (monstrualnej wielkości i kaloryczności krówka) i w drogę do Glenmore. Na rozgrzewkę asfalt, po drodze Hilton – oj, zaczyna się komercha… Przechodzimy obok Loch Morlich, w Glenmore zaopatrujemy się w ostatnią potrzebną mapę (1:50 000 na południe od Cairngorm) i ruszamy.



Obchodzimy majestatycznie wyglądający Creag nan Gall (622 m.n.p.m.), jest już koło 18:00. Przechodzimy obok An Lochan Uaine – błękitnowodnego jeziorka, i czujemy że znajdujemy się już w innym świecie. Nazwy wiejące elfem i puste przestrzenie, jakie się przed nami otwierają przywodzą na myśl najlepsze rpgi w stylu Morrowind.


Na nocleg rozkładamy się przy Loch a-Gharbh Choire, wpół zarośniętym jeziorku ochrzczonym przez nas nazwą Loch Batman ze względu na charakterystyczny kształt. Namioty gną się i łopoczą na wietrze, hałasując do rana.


Słowem wyjaśnienia odnośnie gór szkockich – nie ma tam oznaczonych szlaków. Nie ma zakazów i nakazów którędy chodzić, a którędy nie. Nie ma schronisk, ale nie ma i zakazów gdzie nie wolno biwakować. I o to chodzi – wolność, ale i odpowiedzialność. Sam wybierasz trasę i sam sobie jesteś winien, gdy coś jest nie tak.


Należy tylko uważać w okresie od 12 sierpnia do 20 października – ze względu na rykowiska jeleni niektóre drogi (na południe od Cairngorm) mogą być wskazane jako te, którymi należy się przemieszczać.


Dzień drugi – do źródeł Dee

Pociskamy od rana, głodni pierwszej góry. Szybkie spojrzenie od stóp Carn Lochan na Beinne (692 m. n.p.m.) i już wiemy którędy się na nią dostaniemy. Brnąc przez zarośla (wysoki mech, wrzosy i inne zielsko, bo drzew w całych tych górach to niewiele) dochodzimy do Stac na h-lolaire, gdzie Cairnogormy pokazują nam drugie oblicze. To już nie tylko łagodne, łyse pagóry – to także skaliste przepaście i żleby niby w Tatrach. Na dodatek z komina zaczyna wiać tak, że trudno utrzymać się na nogach. Jesteśmy na 700-metrach, a wieje jak na Babiej w czerwcu (jakieś 70km/h).



Wbrew wiatrowi przez Sron a’ Cha-no wbijamy się coraz wyżej. Omijamy Cnap Coire na Spreidhe (1150 m.n.p.m.) i docieramy do tytułowego Cairn Gorm (1244m.n.p.m.). Do tego momentu spotkaliśmy jedną osobę, siwego Szkota samotnie przemierzającego góry. Na Cairn Gorm jest już nieco więcej ludzi. Wiatr też coraz potężniejszy, mimo że cała reszta składników pogody wyśmienita.




Ciskamy dalej – przez Stob Coire an t-Sneachda (1176 m.n.p.m.). Jak zdążyliście się zorientować, komunikacja i ustalanie trasy jest stosunkowo ciężkie przy tego typu nazwach, często byliśmy zmuszeni do używania barbarzyńskiego „Tam” i „Tędy” w miejsce pięknych gaelickich nazw.




Wielki płaskowyż za Cairn Lochan (1215m.n.p.m.) doprowadza nas do wąwozu Lairig Ghru.



Teoretycznie w dół ma być jakaś droga, w praktyce musimy ją sobie sami wyznaczyć 300-metrowym kamienistym żlebem. Robi się deczko niewesoło, kiedy jeszcze słoncze zaczyna się chować – no ale trzeba pociskać. Zejście na dno wąwozu kończy się dwoma parami spodni porwanymi na tyłku i niewielkim przetarciem w dnie nowego plecaka, co boli najbardziej.




Na dole docieramy do źródeł  rzeki Dee, ku uciesze odnajdujemy wiatrołap około 0,5m wysokości, za którym gotujemy jedzenie i upychamy trzyosobowy namiot na czterech facetów. Full gejoza, ale drugi się nie mieści, a wiater hula elegancko. Dość powiedzieć, że stelaż w namiocie mimo wiatrołapu mam do wymiany.


W sumie trochę dyga była czy jak zacznie padać to nas nie zaleje... ale nie padało ani kroplami ani kamieniami z góry.


Dzień trzeci i czwarty – brody

W dół rzeki Dee, dolina rozszerza się. Pogoda dalej wietrzna, zaczyna trochę się chmurzyć. Pierwszy raz (i jedyny, jak ma się okazać) lekko kropi, ale po 20 minutach przestaje. Ablucje w potoku, hobbickie śniadanie (za dużo żarcia na plecach nieśliśmy, trzeba było zacząć to pędem zjadać). Spotykamy 2-3 samotnych Szkotów i dwie większe grupy – oho, tłok się robi.


Dolina Dee jest dość popularna, ze względu na widoki otaczających ją ścian. Szczególnie polecany jest The Devils Point (1004 m.n.p.m.), na pewno świetny widok na dorzecze. Rezygnujemy z niego jednak, zaczyna nam się spieszyć, a poza tym schowany jest za chmurami, to i tak zero widoków. Mocno żal odpuszczenia Devila, ale decyduję że musimy mieć i tak rezerwę czasową. Na autobus kolejnego dnia o 12:00 nie mamy prawa się spóźnić, bo kolejny jest o 19:00 – a o 19:00 to z Edynburga wyrusza już nasz transport do Polski, szkoda by przegapić.

Ciskamy dalej wzdłuż rzeki, góry zamieniają się we wzgórza, wieje nudą. Decyzja – przeprawiamy się przez rzekę i ciśniemy zobaczyć pierwszy w trakcie wyjazdu las (istna puszcza 300 x 100 metrów).




Przygoda przeprawy, fajnie. Zaraz kolejna. I jeszcze jedna. I zaraz jeszcze jedna. Rezerwa czasowa nam topnieje, bo każda przeprawa to 20-30 minut (buty a czasem spodnie, przejście, suszenie, talkowanie…). Dwie godziny i robimy jakieś 2 kilometry może, słońce zaczyna się chować a my mamy do Pitlochry (skąd autobus do Edynburga) jakieś 30-40 kilometrów.


Przekraczamy granicę zlewni i zarazem pasma. Według różnych wersji jesteśmy albo w Atholl and East Drumochter Hills, albo po prostu w Glen Tilt (nazwa doliny, którą ciśniemy). Krajobraz zmienia się diametralnie – żółte trawy ustępują miejsca zielonym stokom, pełnym wrzosów i krzaczków. Robi się kolorowo, w ostrych żlebach rosną drzewa liściaste. Przepiękna dolina, aż trudno opisać a na zdjęcia było już deczko ciemno. Wchodzimy na teren rykowisk jeleni, na szczęście Glen Tilt nie przeszkadza w rozpłodzie zwierzaków.




Zapada zmrok, gdy pozostaje nam jeszcze solidny kawał drogi do Blair Atholl (przystanku przed Pitlochry). Wyciągamy czołówki i napieramy dalej, tylko na chwilę zatrzymując się skonsumować smażony boczek z makaronem. Koło północy dwie godziny kimy przy drodze, co by odzyskać animuszu trochę i ciskamy do 7:00. Słońce wschodzi, a my rozkładamy maty i śpiwory przy drodze na krótkie uzupełnienie snu.



Budzę się, gdy obok przejeżdżają strażnicy parku. Zamiast odżegnywać nas od meneli radośnie machają do nas i jadą dalej. Zbieramy się, na autobus z Blair Atholl do Pitlochry taki „podmiejski” za 1,60 GBP od osoby bez zniżek – 5 mil, a potem z Pitlochry do Edynburga – ulgowe 12 GBP za 70 mil.

Co ciekawe – ceny sprzętu outdoor. O ile wszystko kosztuje mniej więcej tyle co u nas, tylko waluta inna – 1 funt za wodę mineralną, 1,70 funta za chleb – to sprzęt outdoorowy po przeliczeniu na nasze wychodził nam całkiem przyzwoicie.

Ogólne wrażenia – w miastach sroga, twarda architektura z kamienia – klimat nieziemski. Ludzie przyjaźni jak chyba nigdzie – każdy zagadywał i wdawał się w dłuższą pogawędkę. Rzadko kiedy na szlaku czy w mieście kończyło się na zwykłym „good morning”. W górach – dzikość i wolność. Pogoda świetna, tylko wiater hulał – ale wolę to niż deszcz. Trochę pozostaje żal, że tak krótko i że tak mało udało się zrobić, ale szlak przetarty, mapy są – trzeba pocisnąć jeszcze raz na dłuższe szwendanie.

A na koniec - link do wszystkich fotonów - na Picasie, razem z Londynem, Edynburgiem i wszystkim co się działo.

sobota, 8 października 2011

Wybory 2000-ever

Nie, nie będzie łamania ciszy wyborczej, powoli ni ziębią ni grzeją mnie te sprawy. Ważne tylko, żeby ludzie myśleli.

Kontekst:

Tydzień po Szkocji to sen po 4-5 godzin na dobę, komp do 2 w nocy, wstawunek o 7 rano. Rozpoczęcie kursu phm, rada Szczepu, marketingowanie Fjorda, poprawianie rozdziałów do podręcznika dla pozarządówek, przesiewanie fot do pokazu szkockiego.

Mail wczoraj poszedł, że B Rh- jest potrzebne, to dzisiaj dałem się wydoić na świeżutką cieplutką – i to chyba najbardziej bezpośrednio pożyteczna dla kogoś rzecz jaką zrobiłem w tym tygodniu. Zaraz potem biblioteka UG i magisterka do oporu – i przy niej i przy debiutanckim albumie Letters from Silence przemyślenia.

Please I need to get out,
I’m so tired of being tired,
I would die for a ride
- Wawrzyniec Dąbrowski (Letters from Silence), Monday Morning

Ciekawe, że naraz możemy i musimy dokonywać wyborów. Wolność, bo możemy. A niewolność, bo nie możemy wybrać wszystkiego, coś zawsze musimy odrzucić. Na czymś się skoncentrować, czegoś w życiu nie posmakować. Tutaj zawsze przychodzi mi na myśl prosty przykład zimowych gór – ile trzeba razy jeździć na nartach, żeby być freetourowym specjalistą? I czy w tym czasie nie tracimy czasu, w którym moglibyśmy stać się świetnym zimowym wspinaczem?

W pewnym momencie zrozumiałem jednak, że w życiu ważne jest, by całkowicie  poświęcić się tylko jednej pasji. I zdobyłem się na odwagę, by dokonać tego wyboru.
- Denis Urubko

Z jednej strony milion pasji, zainteresowań, ścieżek. Z drugiej, żeby naprawdę coś osiągnąć to trzeba wybrać. I odrzucić. I pogodzić się, że którąś ze ścieżek NIGDY W ŻYCIU nie pójdę, chociaż spokojnie mógłbym.

Wybór drogi zawodowej przez ostatnie lata zaprzątający mnie niemal non stop spowodował, że bardzo słabo ruszyłem muzykę. Na krótką metę sprawdzały się sesje prób od 21 do północy, rano do biura. Jak to ma się do bycia muzykiem tak naprawdę? Nie nagrywam od bardzo dawna, kilka lat temu byłem znacznie bliżej marzenia nagrania płyty – regres marzeń?

You used to play Dylan songs and Van Morrison songs when you first started busking in Dublin, after you left school at the age of 13. Were you a terrible student? 

[
Laughs] No, I was actually in the good class. But luckily my headmaster was a radio DJ and he loved music. Whenever I'd get sent to the office for not paying attention or whatever, he'd say, ''You're a funny one. You can name the bass player on Neil Young's Harvest, you can tell me the tracklisting on Bob Dylan's Street Legal, but you can't tell me the square root of 9. You're obviously using your intelligence in an area that's not academic.'' He was quite smart. He said, ''You love music and you can obviously play, so why don't you start your career now?''

So he was the opposite of every teacher who says that you should stay in school, and music should just be a hobby because it will never get you anywhere in life?

Exactly. He encouraged me to leave school. He said, ''Take your guitar into town and start busking.'' His thing was that busking was where you learned your skills. He said, ''I can't guarantee you'll be famous, but if you start now, then you'll always be able to live from your guitar.'' And he was right. I have.
- wywiad z Glenem Hansardem w Entertainment Weekly

Przemas też kiedyś stwierdził – „tak naprawdę, to nie trzeba znać się na wszystkim. Trzeba być zajebiście dobrym w jednej dziedzinie i to wystarczy.” Można dołożyć do powyższych listę ludzi, którzy są świetni w swoich dziedzinach, w innych kulejąc. I korona z głowy nie spada, a przeciwnie – to ludzie wybitni.

Tymczasem na każdym kroku spotykam się z rozwagą i ważeniem ryzyka. Rzucić studia? "Szkoda, bo przywileje emerytalne, urlopowe." Bo "może kiedyś się przyda." Bo "może kiedyś będziesz żałował." "Ja nie skończyłem i dobrze sobie radzę, ale Ty skończ." "Już tyle w to włożyłeś, to szkoda nie skończyć." Nikt nie potrafi podać żadnego logicznego argumentu. A jednak trwam w tym, co bezpieczniejsze… Why?

W końcu życie nie jest po to, by przeżyć je bezpiecznie. By ubezpieczać się potencjalnym rozwiązaniem na każdą ewentualność, mieć asa na każde jedno ryzyko.

Survival życiowy w wersji light & fast. Idąc w góry można zabrać pięć par spodni na każdą okazję – membranki, krótkie, długie, wzmacniane, softshell czy polar. „Weź polarowe, bo może być zimno”. Tylko czy nie lepiej nauczyć się radzić sobie z jednymi, możliwie najbardziej multifunkcjonalnymi? Trudno to zobrazować, ale górski minimalizm ma dla mnie coś z takiego właśnie podejścia do życia – na wszystko się nie ubezpieczysz, musisz wybrać co do plecaka, co z niego. I potem sobie z tymi wyborami poradzić, nie żałując tego czy innego zestawu. Wybór – ocena – wnioski – wybór – ocena – wnioski.

I tak wszystkiego nie przewidzimy. I tak nie będzie idealnie. I tak na bieżąco trzeba znajdować rozwiązania trudnych sytuacji – to po co bezpieczne wybory?

Wszystkiego nie przewidzę, wszystkiego nie spróbuję.

Tymczasem ja mam za dużo tego, co wynika z historycznych wyborów, miliona zainteresowań, które z czasem zmieniają się w zobowiązania. To ciekawe, wszechstronne - ale nie na długa metę. Osiem godzin pracy w Fjordzie, potem ogarnianie kilku spraw po Altezie, projekty zlecane indywidualnie które są ciekawe i "szkoda ich nie brać", wywiązywanie się z powziętych w przeciągu ostatniego roku zobowiązań, pisanie magisterki nocami. I robi się poranek dnia kolejnego. 

I'm trying to fix myself 
With another cup of coffee
Black
- Wawrzyniec Dąbrowski (Letters from Silence), Monday Morning

Na szczęście coraz więcej wyborów i odrzuceń, coraz więcej decyzji co do kierunku - niedługo zupełna swoboda kształtowania. Odważnie i bez żalu odcinać to co niepotrzebne, chociaż nawet atrakcyjne ("Napiszesz projekt za 10 000zł? Nie"). To co nie pasuje do obrazka.

Winners quit fast, quit often, and quit without guilt
- Seth Godin

Takie rozterki powtórzonego okresu dojrzewania. Tym razem w myśleniu.

czwartek, 6 października 2011

Modnie w Londnie

Długa przerwa w pisaniu na NieIstocie, bo długa wyprawa za mną, a jak tylko wracam do domu to cały czas cos do ogarnięcia (rozpoczął się kurs phm i insze inicjatywy zhr, dalsza walka z mgr, utrzymanie na wzr – trzyliterowce mnie prześladują). Wyprawa przez Niemcy, Holandie, Francję, Londyn i Edynburg w Cairngormy – ale zanim o górach, to ten post sieknę o Londynie, bo to modne ostatnio.

Sławne miasto, w ostatnim czasie sporo znajomych ludzi się tam przewija lub siedzi na stałe. Tłok obrazuje fakt, że z Marysią to się dokładnie rozminąłem w pobycie Londyńskim, niemalże można by było przybić sobie piątkę, gdyby samoloty miały w zwyczaju mijać się z autokarami.

Wyjazd z drużyną, więc mniej swobodny, więcej kompromisów – w tym gdzie idziemy i co zobaczymy. Trochę tournée po sztandarach – London Eye, Big Ben, Tower Bridge, prawie Chelsea Stadium… Stąd mniej sztuki ulicznej, mniej obserwacji, mniej niezależnych treści, a więcej zabytków.


Z obserwacji – niby kraj bardziej rozwinięty, a jednak mniej oprzepisowiony. Świateł w samochodzie nie trzeba włączać w dzień. Wszyscy przechodzą na czerwonym świetle, nikt nie stresuje się policją. W parkach ludzie chodzą po trawie, siedzą na niej i piknikują w najlepsze (w Edynburgu nawet grilla ktoś pod pomnikiem robił). Pewien sposób korzystania z przestrzeni publicznej, którego u nas nie ma.


Jeszcze dalej ta przestrzeń publiczna idzie w górach – wszędzie można chodzić, wszędzie biwakować, nie ma zakazów, nakazów (szlaków). Nie ma ułatwień, ale i nie ma sztucznych utrudnień. Total wolność i odpowiedzialność za to, co się samemu robi.

Za to to, czego jest na maksa, to śmieciorexy – wszędzie. Na ulicy parkują Astony Martiny, BMW i Merce, a na chodniku piętrzą się hałdy śmieci. Zero śmietników (bo zamachy bombowe mogą być), za to brud smród i bogactwo. Ciekawe kontrasty.


Żałuję, że nie miałem okazji zobaczyć masy sztuki, która dzieje się lub jest zgromadzona w Londynie (spocztówkowione opowieści Marysi z Tate Britain czy British Library jeszcze napędziły mi smaka po powrocie). 

Za to jeden performance stworzyliśmy sami - idąc wieczorem przez Waterloo Bridge odwracam się - i widzę Kubę Sucheckiego, dźwigającego małą szafkę. Nie wiem skąd on ja wytrzasnął. Szybko zdecydowaliśmy się zostawić ją w abstrakcyjnej pozie na środku mostu, nakreśliłem kilka słów i pozostawiłem wraz z długopisem i plikiem kartek w środku. Tworzyć sztukę - zawsze.


Udało nam się pójść też do Museum od Science, w którym trzy rzeczy sprawiły, że „o, wow!”.
Pierwsze, to instalacja „Do not touch”, jak na muzeum przystało. Oczywiście – każdy dotykał - i zgodnie z ostrzeżeniem dostawał dawkę prądu.Pozytywne.

Druga sprawa to Oramics, a raczej samo jego odzwierciedlenie w nowoczesny sposób. Generalnie była to maszyna (instrument?) pozwalająca na rysowanie muzyki – na 35 milimetrowym filmie rysowało się kształty, które potem przekazywane za pomocą światła wpływały na dźwięk odtwarzany. W nowoczesnej wersji był to ekran dotykowy, który pozwalał na rysowanie palcem po ścieżkach „volume”, „reverb”, „vibrato” i „tone”, graficznie modulując wszystkie te parametry. Ciężkie zadanie, ale zabawa przednia.

I ostatnia instalacja, świetna w swym zamyśle. Listening Post, stworzone przez Marka Hansena i Bena Rubina – wielka, zaciemniona sala z wyświetlaczami diodowymi i głośnikami. Instalacja powstała z pytania – „Jak mogłoby brzmieć 100 000 czatujących ludzi?”. Instalacja śledzi na bieżąco światowe czaty, czerpiąc z nich materiał do wypełnienia kolejnych poematów, kolejnych symfonii.

Widziałem tylko trzy odsłony – w pierwszej przy łagodnej muzyce syntezator mowy czytał złowione fragmenty, zaczynające się od „I’m…”:

- I’m from China

- I’m sixteen

- I’m tired of this world

- I’m no man, I am a robot

Inne odsłony to inne początki zdań – „I like…”, „I love…” – prawda o ludzkości analizowana statystycznie przez wielki superkomputer… Czad.


Inna z odsłon to losowe zdania, które syntezator zmieniał w muzykę. Część zdań „śpiewana” była jako linia basowa. Stopniowo dochodziły inne zdania, w wyższych rejestrach. Wszystko w jednej tonacji, tak że po pewnym czasie narastało to do symfonii ludzkich myśli, z których już trudno było cokolwiek złowić.

Czapka z głowy przed artystami, czapka z głowy przed sztuką.

wtorek, 20 września 2011

Minimalnie

A tak się wreszcie zmobilizowałem do kilku słów o minimalizmie. Wczoraj dwa długie kółka po Morenie w rozmowie z Kaczym o gospodarce opartej na założeniach minimalizmu… ale do tego wrócę, trza zacząć od podstaw – czyli o co kaman z minimalizmem?

Powinienem tutaj może wrzucić coś mądrego od Leo Babauty, ale spróbuję samemu. Minimalizm to świadomość – świadomy wybór i świadome wartościowanie. Ile tak naprawdę potrzebuję do życia? Ile i co musze mieć, żeby być szczęśliwym? Czego w ogóle potrzebuję do szczęścia?

Czy MUSZĘ to mieć? Czy naprawdę MUSZĘ to kupić? Czy MUSZĘ to robić? Czy CHCĘ? Ciągła refleksja.

Minimalizm to nie jest: mieć pięć/dziesięć/sto rzeczy. To nie jest: nic nie robić.

Za to ja rozumiem minimalizm jako: mieć to, czego potrzebuję (w tym dla satysfakcji). Nie więcej.

Robić to, czego potrzebuję (w tym dla satysfakcji). Nie więcej.

Kiedy wróbel buduje gniazdo w lesie, zajmuje zaledwie jedną gałąź. Kiedy jeleń gasi pragnienie w rzece, pije nie więcej, niż może pomieścić jego brzuch. My gromadzimy rzeczy, ponieważ nasze serca są puste.
- Anthony de Mello

Tak podaję cytat przeczytany u Kominka, z tym że w innym kontekście. On krytykował de Mello – bo gromadzimy pamiątki i wspomnienia w formie rzeczy z dawnych czasów, bo jest to ludzkie. I fakt. Jednocześnie wg mnie de Mello bardziej chodzi o nadmierne korzystanie ze świata materialnego – picie więcej wody niż potrzebujemy, zabieranie więcej miejsca niż jest nam to niezbędne.

Po co to robić?

Kiedyś myślałem, że obfitość daje wolność. Ale wolność to stan umysłu. Ot, choćby samochód – fajnie mieć, bo niezależność, można się dostać tam gdzie się chce. Nie mam samochodu od kasacji w zeszłym roku. Od trzech miesięcy sporadycznie jeżdżę komunikacją miejską. A jakoś udaje się żyć, dojeżdżać/dochodzić do Gdyni i jest fajnie. Żeby urozmaić posta to walnę fotkę z jednego z powrotów z pracy do domu – las, jeziorko, elegancja jest.


Posiadając za wiele, robiąc za wiele, nie koncentrujemy się na tym co robimy, nie korzystamy w pełni z tego co mamy (kłania się poprzedni post ADHD). Uzależniając się od rozwiązań dostarczanych przez materialny komfort nie zyskujemy na niezależności umysłu, charakteru.

Czy minimalizm do doświadczanie pustki? Braku?

Brak to rozdźwięk między potrzebami a stanem obecnym. I są dwie drogi – albo zwiększenie stanu obecnego, tylko że tu jest pułapka – bo wtedy i potrzeby mogą wzrosnąć (podniesienie standardu życia, apetyt rośnie w miarę jedzenia itp.). Albo, zmniejszając potrzeby i zachowując stan obecny – ha! Zmniejszamy poczucie braku.

Nie asceza, nie odmawianie sobie wszystkiego. Raczej realna ocena przydatności do Większego Celu.

Be content with what you have; rejoice in the way things are. When you realize there is nothing lacking, the whole world belongs to you.
- Lao Tzu

Jo, banał. Jak wszystko to, co tak naprawdę istotne – bo przecież prostota wystarczy. Komplikujemy sobie sami.

Tłuste bo puste życie jest tutaj
(…) bo choć to się świeci to tego nie ruszaj
Bo tyle tu śmieci, że ciężko się ruszać
- Paweł Czekalski, Koniec kalendarza

sobota, 17 września 2011

Anno Domini High Definition

To całkiem pojemny tytuł ostatniego LP mojego ulubionego polskiego zespołu, Riverside – koresponduje z obserwacjami ostatnich tygodni, dodatkowo wzmagających się w ostatnich dniach kończenia magisterki.

Świat przesycony jest bodźcami – wizualnie z każdej strony w realu – reklamy przed oczami, masa napisów. Na uszach muzyka, radio w samochodzie. W autobusach ekrany z komunikatami. Przestrzeń publiczna nasycona, a nawet przesycona komunikatami, czymkolwiek co jest w stanie przykuć i zaprzątnąć naszą uwagę. Coraz silniej, coraz mocniej – z każdej strony. Każdy coraz natarczywiej walczy o uwagę, a co za tym idzie – inni też musza robić to coraz natarczywiej. Spirala.

Konsumenci są jak karaluchy – spryskujesz ich spryskujesz, a oni natychmiast się uodparniają.
- David Lubars (agencja reklamowa Omnicom Group)

Swoją cegiełkę dodaje technologia – szczególnie internet i smartfony. Pozostawanie online cały czas, możliwość bycia atakowanym przez telefony, smsy, maile, twity, skype’y, g-chaty czy inne gg. Masa bodźców z serwisów internetowych. Więcej treści, więcej różnorodności, więcej stymulantów. Szybciej i efektywniej – forum nie jest dość szybkie w przesyle śmiesznych linków – powstały kwejki. Profile znajomych nie są dość szybkie by je odwiedzać – jest ściana ze skrótem informacji od nich. Chodzenie po blogach nie jest dość szybkie – są czytniki rssów. Szybciej, więcej, różnorodnie.

Surprise me or I’ll turn it off. You have three seconds.

Do czego to prowadzi, to powiedział Zimbardo. Powiedział to o chłopakach jako o bardziej podatnych na gry komputerowe, net czy bombardującą zewsząd pornografię. Popiera to badaniami mówiącymi, że istnieje 5 razy większe prawdopodobieństwo na ADHD u chłopaka niż u dziewczyny. Ale kto wie,  czy równouprawnienie nie dotrze i tutaj.

Problemem są uzależnienia od pobudzenia. W przypadku narkotyków, po prostu chcesz więcej. W przypadku uzależnienia od pobudzenia, chcesz inaczej. Tak więc potrzebujesz nowości aby pobudzenie się utrzymało.
- Philip Zimbardo

Powstał nawet termin AADD (Adult Attention Deficiency Disorder), którego niektóre objawy (szczególnie dotyczące zaburzenia uwagi) występują u 60% dorosłych. Przy takim bombardowaniu nie dziwię się.

Wrzuca to nas w efekt piły – przerywania zajęcia, żeby się zająć na moment czymś innym (innym zadaniem, sprawdzeniem maila czy poprokrastynowaniem przez chwilkę).Wrzuca też w uzależnienie od adrenaliny, konieczność ciągłych zmian, ciągłego „zaciekaw mnie”. Zwyczajne rzeczy już nie są ciekawe. To co długie jest nudne, żmudne. Nie wiem czy instruktorzy pracujący z młodymi chłopakami są w stanie zauważyć różnice i postępujące zmiany – wydaje mi się że teraz uwaga dzieciaków jest bardziej rozproszona, a one już są na tyle przyzwyczajone do bodźców, że bez ciągłego „WOW” trudno coś zrobić.

Wrzuca to wreszcie w IAD – Internet Addiction Disorder czy może nawet TAD – Technology Addiction Disorder – tutaj polecam artykuł na Antyweb - http://antyweb.pl/jak-bardzo-jestesmy-uzaleznieni-od-nowych-technologii-do-kawy/ , szczególnie obrazek ze statami.

Ten post powstaje w ogniu walki ze skupieniem w trakcie pisania magisterki – ale nie traktuję go tylko przez ten pryzmat. Rozproszenie widoczne jest cały czas i ciężko się przed tym bronić. Tak naprawdę sfokusowany to byłem ostatnio w górach i to w Czechach – bo tam nie ma nic innego. Nie ma telefonu, maila. Jest problem gdzie dzisiaj spać, co dzisiaj zjeść, ew. co jutro. Ale nic więcej. Bycie w Tu i Teraz, jak to mawia Czekalski.

You’re too blurry my friend
You’re too slow
You’re too predictable
- Mariusz Duda (Riverside), Hyperactive

poniedziałek, 12 września 2011

Kultura Marka

Piękna rzecz na wystawie sklepu z designerskimi rzeczami na Długiej, co go z Zuzą minęliśmy wczoraj.


Rękodziełko, jakiś pojemnik (może na Nutellę?). Ferrero z tego raczej nic nie dostaje. Bardzo zastanawiające, jak marki przenikają do kultury jako symbole, nośniki znaczeń. Nutella – mmm, śniadanko. Coca-cola – mmm, orzeźwienie. Wytwory zastrzeżone, chronione znaki towarowe, przenikają do kultury i stają się jej częścią – nieuniknione, tak jak nieunikniony jest udział marek w naszym życiu codziennym.

Niemal dwieście lat historii marek, które mamy za sobą, złożyło się na wytworzenie czegoś w rodzaju globalnego pop-kulturowego alfabetu Morse’a.
- Naomi Klein, No Logo

Ani to dobrze, ani źle – zjawisko jest. Kreatorzy marek czuwają, by przeniknęły do codziennej świadomości, stały się częścią życia. Chcą byśmy je widzieli, o nich mówili – logiczne. Tylko gdy coś się staje częścią kultury, to przestaje być dobrem prywatnym – staje się materiałem do wykorzystania przez każdego…

Drinkin’ ‘cause you’re lookin’ so good in your starbucks cup
- Jason Mraz, Plane

… w szczególności artystów. Pracują na aktualnym materiale, na tym co jest obecne w życiu. Cienka granica między dobrem powszechnym, wpisanym w kulturę, a ochroną własności prywatnej. Nie wiem, jeszcze się znajduję gdzieś w przestrzeni między tymi dwoma podejściami.

Super size, large fries, Big Mac, Coca-cola,
Go on man, pick your poison
- John Butler Trio, Used to get high

Mam nadzieję, że ochrona znaków towarowych nie dojdzie do absurdu. A jednak, okazuje się, że pewne słowa są zabronione:

[Mattel] chwalący się, że w każdym dowolnym momencie prowadzi na całym świecie 100 różnych spraw o naruszenie znaku towarowego, chroni tę formułę z agresywnością, która wydaje się niemal komiczna. Pośród innych dokonań prawnicy firmy mają na swoim koncie zamknięcie zinu zbuntowanych nastolatek Hey There, Barbie Girl!

Lyons Group, właściciel postaci Barneya [dinozaura] rozesłała 1000 listów do właścicieli sklepow wypożyczających lub sprzedających łamiące prawo kostiumy. „Mogą mieć kostiumy dinozaura. Nielegalny jest tylko fioletowy dinozaur, i to bez względu na odcień”, mówi przedstawicielka Lyons, Susan Elsner Furman.

McDonald’s nie ustaje tymczasem w pracowitych prześladowaniach sklepikarzy i restauratorów szkockiego pochodzenia z powodu łamiącej zasady uczciwej konkurencji skłonności tej nacji do posiadania przedrostka Mc przed nazwiskiem. Fast food pozwał do sądu duńskie stoisko z parówkami McAllan's i utrzymany w szkockim stylu sklep z kanapkami McMunchies (…), nękał kawiarnię McCoffee pani Elizabeth McCaughey; przez 26 lat toczył wojnę z człowiekiem nazwiskiem Ronald McDonald, właścicielem Restauracji Rodzinnej McDonalda, działającej od 1956 roku.
- Naomi Klein, No Logo

Cienka granica między dobrem prywatnym a publicznym.