sobota, 31 marca 2012

Oczukiwanie

- Wiesz, już niedługo. Przemęczę się jeszcze rok w tym mieście, odłożę trochę na konto. Zawsze chciałem mieszkać zagranicą, z kilkoma złotówkami będzie prościej o start.

- Wiesz, już niedługo. Kilka kursów i te podyplomy, to będę miał wystarczające kwalifikacje żeby założyć coś swojego. Rok-dwa rozkręcę i będzie swoboda. Kumasz, nigdy więcej problemów z pieniędzmi!

- Wiesz, już niedługo. Przemęczę się trochę z tym projektem, potem powinno być luźniej. To tylko taki okres.

- Wiesz, już niedługo, byleby już skończyć te studia, wtedy będzie masa czasu na wszystko. Zrobię to, o czym tak długo marzyłam. Wreszcie wolność!

Otóż nie. Nie ma tego „niedługo”, nie ma tego czasu, kiedy wszystko jest doskonale poukładane, poszło według naszych zamierzeń i kiedy wreszcie możemy odetchnąć, zrealizować to o czym marzyliśmy i „zacząć żyć”. Bo zawsze coś, raz znaleziona wymówka wraca jak bumerang w tej czy innej postaci.

Takie wieczne odkładanie na później, przygotowywanie, „odbębnianie” tego jednego ostatniego, a potem to już będzie… oczekiwanie to oszukiwanie samego siebie.

Kolejne coś, co ma być już "tym ostatnim, tylko jeszcze to muszę zrobić i będzie ok". A tak naprawdę nie zmienia się nic, tylko autobusy, którymi dojeżdżamy w kolejne miejsce.

Ustawienie sobie życia, wyrobienie pozycji na samym początku, zapłacenie frycowego żeby tylko wyrobić sobie dobre CV, zdobycie doświadczenia na kolejnych stażach za niskie pieniądze… Mam wrażenie, że to się nie sprawdza. Gdzie jest granica między odpowiednim przygotowaniem się i podejściem z głową, a zwlekaniem w nieskończoność w oczukiwaniu na idealny moment, który przecież nie nadejdzie?

Czasem myślę, że granie na zwłokę nie produkuje nic innego tylko zwłoki.

Zbyt często - jeszcze nie teraz
Zbyt długo - jeszcze nie teraz
Dlaczego jeszcze nie teraz?
- Irena, Jeszcze nie teraz (jakiżby inny tytuł?)

- Wiesz, już niedługo. Już niedługo będę szczęśliwa, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze się przemęczę ten rok, ale potem... potem to będzie, mówię Ci!

Ile "jeszcze tylko to" trzeba, żeby zmienić żarówkę?

poniedziałek, 26 marca 2012

Szczęśliwej nieinteligencji

Poznawaj różne aspekty, bądź otwarty na zmiany, na innych ludzi, na różne poglądy i punkty widzenia. Nie bądź ignorantem. Nie zamykaj umysłu. Czerp inspirację zewsząd. Od każdego da się czegoś nauczyć.

Umysł jest jak spadochron. Nie działa, jeśli nie jest otwarty.
 - Frank Zappa.

I tu jest pułapka, pułapka otwartego i inteligentnego umysłu. Konkretnie pułapki cztery.

1. Śmieci

An open mind is like a fortress with its gates unbarred and unguarded
- Imperium Thought for the Day

Jeśli jest się otwartym i chłonie się wszystko, to z czasem przez tak rozwarte sito wpadają też kompletne śmieci. Zatrute idee, chore pomysły. Umysł nie odrzuca ich od razu jako nieprawdopodobne, bezsensowne, bezużyteczne, sprzeczne. Nawykły do bycia otwartym rozważa je. I ziarnka obcych do tej pory idei dostają się między tryby umysłu, z czasem rośnie z nich niezłe zielsko, i wpływa, wpływa na zmianę poglądów. Pozwala też dostać się kolejnym ideom dotąd nieprawdopodobnym. I tak po kolei wkręcają się w kłębek kolejne inne, dotychczas nie do pomyślenia, nitki.

Zamknięte umysły są odporne na obce idee. I niekoniecznie jest to złe.

2. Wieczne myślenie

Znajdź czas na refleksję. Na zastanowienie się po co robisz to co robisz. Jaki to ma sens.

Za dobrze to też nie dobrze. Za wiele możliwych dróg jest równie dobre jak brak jakiejkolwiek, jeśli tylko nie da się podjąć decyzji. A jeśli się podejmie, to umysł otwiera zaraz niewybrane drogi, za pomocą wyobraźni dorabia do nich to, co mogłoby się zdarzyć i czy byłoby to lepsze czy gorsze od tego co się wybrało.

W rezultacie tak podsyłane iluzje tworzą wieczną niepewność czy to, co się wybrało jest faktycznie tym co należało wybrać. Najlepiej by było w tym momencie wyłączyć myślenie, odciąć ten tzw. żal podecyzyjny.

Na dodatek wieczne myślenie objawia się zastanawianiem nawet nad rzeczami fundamentalnymi i dotychczas pewnymi, w końcu w transcendencji nie ma nic pewnego. I czasem dla takiego zaplątanego w szczegółach umysłu może umknąć spojrzenie na ogół.

Szukając sensu każdej najmniejszej rzeczy można w końcu oszaleć. Jest moment, w którym plany i myślenie musi odejść i zostać zastąpione przez działanie. Ale bezrefleksyjne działanie? I koło się zamyka...

To jest wielkie szczęście, że można, że udaje się czasami nie myśleć. Inaczej ta pochodnia, która jest we mnie, żagiew, ten znicz, którym jestem cały od góry do dołu i od stóp do włosów blond, ten ogień już by długo nie pociągnął, już by się może wypalił cały.
- Edward Stachura, Płynięcie czasu

3. Autoprzechytrzenie

Umysł sam ze sobą prowadzi wieczny dialog, wieczną grę. Kto kogo przekona, kto kogo przechytrzy. Im bardziej inteligentny umysł, tym bardziej finezyjna i złożona to gra.

W rezultacie każde postępowanie da się odpowiednio umotywować, znaleźć argumenty żeby je usprawiedliwić. „Zrezygnowałem, bo to i tak nie miało sensu…”, „Odwidziało mi się…”, „Tylko krowa nie zmienia zdania” itp. I każdy powód do zmiany może być kompletnie racjonalny. I odwrotny też może być doskonale logiczny. Umiejętność budowania i argumentowania własnych decyzji i stanowisk może być niszcząca, jeśli przeciwstawimy się sami sobie.

Człowiek wysoce inteligentny potrafi wymyślić dobrze  skonstruowaną argumentację na poparcie praktycznie dowolnego punktu widzenia. Taki człowiek łapie się w pułapkę inteligencji przyjmując jakiś pogląd tylko dlatego, że potrafi go obronić.
- Inga Zawadzka, Pułapki inteligencji (na podstawie E. de Bono)

4. Widok na lepsze. Now back to me.

Jak człowiek światowy, obeznany, otwarty i inteligentny, to zawsze widzi albo może wymyślić jak mu może być lepiej. A to, że wie jak może mu być lepiej, nie znaczy że jest albo będzie mu lepiej. Czasem taka świadomość, że może być lepiej a nie jest, rodzi tylko frustrację. Czasem lepsza jest bloga, błogosławiona ignorancja i zupełna nieświadomość.

Warto pamiętać, że nigdy i nic nie jest czarne i białe, ale mamy na tym świecie piękną gamę szarości. I warto być świadomym tych ciemnych stron szumnych haseł ze sztandarów inteligencji (?): otwarty umysł, tolerancja, empatia, transcendencja, samoświadomość, znajdowanie czasu na refleksję, nieszablonowość… bla bla. Na razie – cztery pułapki umysłu.

A tytuł to jedne z pięknych życzeń urodzinowych, tym razem od Julki. Pięknie zgrane życzenie z postem, który w bólach pisałem od jakiegoś tygodnia. A więc:

Szczęśliwej nieinteligencji.


niedziela, 11 marca 2012

Pokłębić

Raz wymyślę coś pięknie, czasem zwyczajnie zupełnie, czasem znowu niepięknie. Czasem wymyślę coś czego normalnie nie pomyślałbym, mógłby wymyślić nie-ja.

Wesela przysporzyłem jak powiedziałem kiedyś, że to co mówię to niekoniecznie tak myślę. Bo tak jest, że czasem powiem coś, co powiedziałby ktoś inny, gdyby tu był. I gdyby chciał mówić, bo nie zawsze nawet jak się jest i się coś myśli, to chce się mówić. Bywa, że zupełnie się nie chce mówić, bo nie warto, bo nie ma po co. A bywa, że po prostu tego kto mógłby powiedzieć cokolwiek innego nie ma i wtedy co? Albo wszyscy zgadzają się ze sobą i nic nowego, albo trzeba powiedzieć coś co kto inny właśnie by powiedział.

Więc wymyśliłem, może nie pierwszy i nie odkryłem czegoś nowego, wymyśliłem zdanie, że jesteśmy wypadkową rozmów, które przeprowadzimy. Niczym innym niż wypadkową rozmów. Z kimś i ze sobą, i z książką i z innymi dziełami. I im więcej tych rozmów tym bardziej poskładani z różnych myśli jesteśmy. I nie ma nas, są tylko kłębki splotów takich rozmów.

I ta myśl też jest jedną z tych rozmów w kłębku. I Stachura jest w tym kłębku, i Kolosy przez weekend, i wiele rozmów ciekawych i wiele myśli zasianych. Nie wiem kiedy kłębek jest tak różny od tego który był wcześniej, bo poszczególne nitki nowe zastępują te stare, coraz nowsze i nowsze i w końcu już zupełnie niepodobne to do tego co było na początku.

I nie wiem czy może być większy kłębek gdy kto ma więcej myśli, rozmów prowadzi, sięga głębiej, czerpie z rzeczywistości, czy może kłębki są takie same tylko nici się zmieniają, zapominamy o starych pomysłach i ideach, rozmowach przeprowadzonych, a jesteśmy pod wpływem tych nowych.

Ale i tak warto. Warto przebierać w nitkach i dokładać coraz piękniejsze, nowsze. Warto rozmawiać o ile ciekawie i inaczej, warto patrzeć na nowe, warto poznawać nowe, czytać nowe.

Tak se myślę, może wcale nie niezwykle, tylko zwyczajnie zupełnie.

poniedziałek, 5 marca 2012

Toboł być

- Tobie to łatwo. Zaczynałeś w innych czasach, teraz wszystko jest inaczej, jakoś trudniej. Wszyscy bardziej zabiegani, tempo życia szybsze, wszyscy skomputeryzowani, inne relacje.

Tobie było łatwo, nie musiałeś się tyle uczyć w szkole, wszystko Ci łatwo przychodziło. Ja nie jestem taki mądry, trzeba kuć po nocach, nie starcza czasu na znajomych i co? I jestem sam. A Ty to wszystko mogłeś pogodzić.

I łatwiej jak się ma tyle talentów. Przecież nigdy nie będę rysował jak Ty, a próbowałem. Łatwo Ci mówić „ćwicz, ćwicz”. Weź mnie nie denerwuj. Myślisz, że co, że nie ćwiczę? Tobie to przyszło od tak.

Z pracą też łatwiej jak się ma tyle zdolności. I do tego się nadajesz, i do tamtego, wiele rzeczy. Ja tylko w kilku jestem dobry.

W sumie zawsze podziwiałem Twoją mądrość. Wszystko sobie wytłumaczysz, jakoś tak zracjonalizujesz i łatwiej żyć. Ja się strasznie wszystkim przejmuję, biorę do siebie. Trudno tak się wszystkim przejmować, wiesz? Nie, nie wiesz…

Marzysz, piękne marzenia. Ja nie marzę. Albo rzadko, nieśmiało. Bo marzyć można jak się ma możliwości. Ty czegoś zachcesz i co, za miesiąc, za pół roku to masz.

- powiedział w trochę zbyt długim wywodzie. Milczałem, dałem mu się wygadać.

- Gówno o mnie wiesz. – przez myśl przeszła mi chora matka, pogruchotana w dzieciństwie kostka która odzywała się co jakiś czas. Problemy z nawiązaniem dłuższej niż miesiąc znajomości, brak zaufania do drugiego człowieka. Brat, który się powiesił w akademiku, a ostatnią kartkę zaadresował do mnie, nigdy jej nie wysłał. Zawalony rok w liceum przez matmę.

Pozory, wszystko pozory. Nie wiem dlaczego gdy mówię komuś co ja bym zrobił, to twierdzi, że mi wszystko przychodzi łatwiej a mu się to nie uda. Że ja taki zdolny, że mądry, że miałem inne warunki i inne czasy. Gówno o mnie wiedzą. 

To tylko usprawiedliwianie siebie samego i szukanie wymówki, że coś nie działa. Bez sprawdzenia, najlepiej powiedzieć że komuś się udało bo jest lepszy, miał lepiej. A teraz, a u mnie, to nie zadziała. Nie da się. A ja gadam bo żyłem inaczej, z innymi talentami, w innych warunkach, nie znam ich warunków. I racja. A oni nie znają moich. Nie znają moich trudności, moich lęków, moich porażek, moich wątpliwości, moich bezsennych nocy, kroków zawróconych w pół drogi i ręki powstrzymanej zanim zapuka do drzwi. Znają tylko swoje, dlatego gadają, że łatwiej. Gówno o mnie wiedzą.

sobota, 25 lutego 2012

Beskid Żywiecki inaczej

Służbowo zaliczyłem targi sprzętu sportowego w Kielcach, a skoro Kielce, to żal nie pojechać dalej na południe… Więc w czwartek wieczorem odnajduję się w Katowicach, szybka wizyta w sklepie, knajpie i 21:00 dworzec PKP. Bilet w ręku, 7 godzin do pociągu. No to na miacho! Znowu poczucie, że nie mam planu, że nie wiem co się zdarzy, ale na pewno coś. Pełna swoboda na następny czas.

Ciekawe, jak niektóre miasta się poznaje w taki sposób plamisty. Jest dworzec PKP, z którego wypływają kolejne strużki na linii dworzec-sklep, dworzec-deptak, potem one łączą się miedzy sobą, ścieżki mieszają się, błąkając się ulicami zakreślamy całą plamę danego kwartału… I plama znajomości miasta rozlewa się coraz dalej i dalej, gwiaździście wokół serca dworca.

Grunt, że znalazłem się na deptaku, spotkana para wskazała mi, że warto posiedzieć w pubie Morrison Hotel – i mieli rację. Solidny pub, gdzie wiedzą co to gitarowe granie. Po pierwszej zamknęli, powrót na dworzec gdzie już gnieździło się kilku podróżnych i kilkunastu meneli, którzy przysiedli na chwilę/na noc na ławkach w poczekalni, ściskając torby z wszystkim co mają.

Zwardoń zasypany, dokumentnie. Na peronach ścieżki w głębokim śniegu. Na ulicach koparki i wywrotki. Ludzie pod sklepem odradzają iść w góry, ale ja zawsze muszę się sam przekonać. Transcendentalizm w takim niższym wydaniu.



I rzeczywiście, nie ma co. Szlaki zasypane, wyjdzie się poza główną drogę i po pas w śniegu, masakra. Wracam, spotykam radio Zet zablokowane na drodze, wypycham ich. Jest wywiad, poleciał na ogólnopolskim paśmie, jest sława. Za to ja jestem przekonany, że tym razem jednak warunki mnie pokonają, nic nie zrobię w takim śniegu. Jest jeszcze opcja cofnięcia się do Rajczy, Soblówka i tam w miarę przejeżdżonym szlakiem dojść do Rycerzowej. Tylko co dalej? Ale nawet przesiedzieć tam weekend byłoby ok, więc schodzę do PKP.



Na przystanku pasztet, jakieś głowy i plecaki majaczą za wałem ze śniegu. Okazuje się, że to kurs przewodnicki SKPG Kraków, też wybierają się w góry, na Wielką Raczę. Zaproponowali, żebym się przyłączył, czemu nie? Samodzielnie w tych warunkach niewiele bym zrobił.


Rezygnacja z wolności i swobody, czyli tego czego szukam w wyjazdach, za cenę zrobienia czegokolwiek. Bo jak wycieczka kilkunastoosobowa, to ani własne tempo, ani przystanki na zdjęcia, ani podziwianie gór, ani kontemplacja ciszy.

Za to inna, zupełnie nieoczekiwana wartość. Niesamowita wiedza, jaką udało mi się poznać dzięki kursantom. Inne podejście do gór, znajomość granic pasm, wysokości, historii, panoram, gdzie ta rzeka płynie i z jaką się łączy, gdzie jest jaki cmentarz. Na kursie gdańskim aż tak mocno tego nie było czuć.


Torowanie drogi niesamowicie męczące. Dziesięciu facetów na początku, pierwszy po 10 minutach przechodzi na koniec kolejki, zryty jak pies. Na podejściu jeszcze częściej zmiana. Drugiego dnia drogę z Wielkiej Raczy na Przegibek (3,5h letniego)  robimy w 11h. A potem jeszcze do Rycerzowej, na szczęście już wyjeżdżoną skiturami ścieżką.  Znaki szlaków na poziomie gruntu lub pod nim, często idziemy po rzeźbie.




Trzeci dzień to zejście z Rycerzowej, gdzie czuć potęgę rakiet. Szymon i Karolina po polanie idą z przodu w rakietach, ja z Dominiką po ich śladach ale i tak toniemy w śniegu po pas, czasem trudno się samemu z tego wygrzebać. 100m a wysiłek niemożliwy. W lesie już lepiej, zbiegamy do Soblówki, stopem do PKP w Rajczy.


Znowu Katowice, znowu kilka godzin do pociągu. Podoba mi się to miasto, kojarzy się bardzo przemysłowo i raczej brzydko… a kamienice, a deptaki, a klimat jest. Złego słowa nie powiem.

I zawsze coś się dzieje. Znaleziona przypadkiem Cafe Gaudi z wystrojem w jego stylu, czekolada i przeglądanie albumu. Barcelona jeszcze bardziej.

Na dworcu poznaję Daniela, który gra na elektroakustyku z looperem. Mówi, że da się wyżyć z grania, jeśli tylko nie trzeba komuś luksusów. I jeśli kiedyś będę tu z gitarą, żebym wpadł pograć razem.

Pociąg to Krzysiek z kolei, kierowca ciężarówki, jadący do Elbląga a potem do Hiszpanii. Suszy ubrania na półce bagażowej, bo nie zdążył w domu. Pyta, czy myłem kiedyś nogi w oranżadzie, bo woda w kiblu zamarzła. Wychodzi z butelką Grappy, a potem zbiera pranie i przenosi się do ogrzewanego przedziału z naręczem skarpetek, a mi dobrze w tym zimnym, mam termo na sobie.


Gdańsk, znane otoczenie, przewidywalność znowu na zwykłym poziomie.

Większość wypadków zdarza się w domu, a przygód w podróży.

czwartek, 23 lutego 2012

Zniesienie śmiertelnictwa

Patrzcie na mnie!

Łamię w dłoniach podkowy i hartowane miecze. Miażdżę na proch wulkaniczne skały, czaszki lwów i żelazne kamienie, które spadły z nieba.

A teraz mój popisowy numer: otaczam ramionami stertę polnych kamieni i mocno ściskam.  Kamienie trzeszczą w moich rękach, ugniatam je jeszcze mocniej. I oto kamienie stapiają się w jedno, stają się potężnym głazem. Głaz jest tak wielki i ciężki, że nawet ja nie mógłbym go podnieść.

Na to tez jest sposób. Najpierw dwoję się, potem troję i we trzech podnosimy głaz!

- Mogę wszystko! – wołam. – Czego chcecie?

Podchodzi do mnie blady młodzieniec i szepce:

- Już dłużej nie wytrzymam.

Zaglądam do jego wnętrza. Widzę, że w środku serca tkwi strzała. Chwytam ją i ciągnę. Chłopak krzyczy z bólu, strzała nie chce wyjść. Szarpię jeszcze raz z całej siły i wyrywam strzałę. Przyglądam się jej dokładnie, grot ma kształt serca.

- Co jeszcze sprawić?

Podbiega do mnie staruszka. Trzęsie się cała i ślini. Bełkocze coś pod nosem. Po chwili dociera do mnie to, co mówi:

- Boję się, boję się, boję się, boję się…

Patrzę co staruszka kryje w sobie. W jej trzewiach wije się tasiemiec. Owijam go sobie wokół dłoni i uważnie wyciągam, tak aby nie zostawić łba. Tasiemiec składa się z kilkuset malutkich trupich czaszek. Rzuam go na ziemię i rozdeptuję. Staruszka całuje mnie w rękę, teraz dopiero widać, że wcale nie jest taka stara.

- Mogę wszystko!!! – drę się w niebogłosy.
- Grzegorz Janusz, Wszechmocarz [fragmenty]

Superbohaterowie, a nawet niezwykli ludzie w fikcji historycznej i w historii. Wydaje się niewzruszeni, nie do pokonania, nie do zatrzymania. Tak potężni, tak umiejętni, że nic nie może stanąć im na drodze. Przeciwnicy bezsilnie uginają się przed ich siłą, podstępem, mądrością. Przeciwności jakie los stawia przed nimi to dla nich nic.

Recepta? Stary dobry sienkiewiczowski sposób jak nadszarpnąć bohatera, który jest jak skała. Jeśli tylko na czymkolwiek mu zależy poza nim samym, jest to wspaniałym celem do szantaży, a jego wartość (rodzina, ukochana) wspaniałym celem dla porwań, tortur i innych maltretacji. Klasyka końcowych scen filmu: Rzuć broń albo Twój kumpel oberwie! Oddaj walizkę, mamy Twoją córeczkę! 

Czy w takim razie niepokonany i nieśmiertelny może być tylko człowiek, któremu na niczym nie zależy poza samym sobą? Który nie ma żadnych ambicji i nadziei związanych z czymkolwiek co nie jest nim? 

You can’t kill a man when he’s got no hope
- The Offspring, Special Delivery

Kiedy bohater nie dba o nic, jest nieustraszony. Nie ma nic do stracenia oprócz swojego życia (mało? dużo? - relatywne). Jest sam, na nikim mu nie zależy, a więc nic ważnego nie może stracić. Kiedy nie dbasz o coś, nie robi czy coś się z tym stanie - pozostajesz na swojej drodze, dążysz do swojego celu Po prostu, nie robi. A kiedy tych rzeczy, które "nie robią", jest coraz więcej? Człowiek staje się coraz bardziej odporny czy coraz mniej człowiekiem?

Jak być niepokonanym? Nie daj innym poznać na czym Ci zależy. Nigdy i nikomu. A najlepiej jeśli naprawdę Ci na niczym nie zależy.


Może właśnie na tym polega odwaga – kiedy człowiek już o nic nie dba.
- Harlan Coben, Bez pożegnania

It's only after we've lost everything that we're free to do anything.
- Jim Uhls, Fight Club

Na ile to ludzkie, na ile nieludzkie... Tradycyjny przymiot szaleńców i desperatów. Może dlatego właśnie jesteśmy śmiertelni i do-pokonania, bo musi nam na czymś zależeć? Może bez tego nie jest się człowiekiem, nie jest się śmiertelnikiem? Wolność, bo nic poza Tobą samym nie ma na Ciebie wpływu. Wolność pozorna czy prawdziwa? I czy można być szczęśliwym, gdy na niczym nie zależy?

You cant’ kill a man when he’s got no hope,
You can’t kill a man when he’s… God help me!
- The Offspring, Special Delivery

piątek, 10 lutego 2012

Aż do portu

Ale ja tu się bawię, a sekundy płyną nieprzerwanym potokiem śmiertelnej powagi. Ale co zrobić, Santa Polonia? Co zrobić? Nie dane jest jedno życie na powagę i drugie życie na zabawę. Nie dane są dwa życia, ani wiele żyć. Jedno. Jedno jest dane życie nam. I wszystko w nim musi się pomieścić. Wszystko. Jak najwięcej. Żeby, kiedy przyjdzie konać, w co nie wierzę, więc kiedy przyjdzie konać, w co nie wierzę, żeby wtedy jak najmniej było tego żalu , że jeszcze tej rzeczy nie znam i tej nie znam, i tej, jeszcze tu nie byłem i tu nie, i tu, i jeszcze tam mogłem się rozdać, i tam mogłem się rozdać, i tam, tyle rzeczy, istot i miejsc, których nie znam, tam jeszcze nie byłem i nie klaskałem w dłonie, tam nie byłem i nie splunąłem, tam nie podpaliłem ognia, tam nie zasadziłem drzewa, tam nie klęczałem, tam nie biegałem, tam nie przelałem łez, tam nie przelałem krwi, tam nie cieszyłem się, nie śmiałem, nie radowałem się razem z innymi, za ręce trzymając się i tańcząc, tam, tam, tam jeszcze, o, gwiazdo chleba – krucha, sypka i dzielna matko nasza, więc żeby tego żalu było jak najmniej, kiedy przyjdzie konać, w co nie wierzę, kiedy nie będzie już wstać, nie będzie już iść, nie będzie już rozdawać się dookoła, bo nie będzie co rozdawać. Ale ja nie wierzę.
- Edward Stachura, Cała jaskrawość

W Trójce była audycja. Pan, który nie ma twarzy, bo jak się jego twarz pozna to jakoś nigdy nie pasuje do głosu słyszanego tyle razy, ten pan dociekał do tego kiedy jest się starym.

Było kilka hipotez, słuchacze dzwonili, mówili, pan komentował.

Ale jedno zostało. Starym się jest, kiedy zaczyna się mieć świadomość, że wszystkiego w życiu już się nie dokona. Że już nigdy nie będę tam, nigdy nie będę tu. Bo wszędzie nie będę. Już nie zostanę kimś albo kim innym. Bo lata ćwiczeń, bo predyspozycje, bo już poszedłem inną drogą.

Z każdym dniem coraz bardziej jestem kim jestem i coraz bardziej nie jestem kim już nie będę. Coraz bardziej. Ach, koelizmy się mnie trzymają.

I to, po zastanowieniu, się czuje. A jednocześnie jest ten stedowski głód, żeby jak najwięcej, najróżniej, nie w miejscu, nie stać. Zmiana, pęd, bo rozpędzonego kamienia nie sposób zatrzymać.

Zmiana albo wielorakość, przeróżność jednocześnie, przeskok z powagi do zabawy, z odpowiedzialności do nierozwagi, z przygotowania do spontaniczności, z pracowania na przyszłość do pracy na teraźniejszość, z przyziemności do natchnienia. Ze świeżych kartofli do poezji. Ciągła, częsta zmiana albo jednoczesna wielorakość. Zmienność albo rozbicie. Byle się życia nałapać.

I tak ciągle, trzeba działać żeby życia nałapać, siebie rozdać, powymieniać ze światem. Aż do portu, aż do portu.