poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Astrologiczne Košice

Uzupełniam po trochu, bo wiele opowieści się nazbierało z drogi, nie było jak tego sensownie opisać w trakcie, a nie chcę żeby poumykało - to powrzucam w odcinkach.

Kraków, ogólnie polskie miasta, są niezwykłe pod względem form sztuki ulicznej. Zawsze jest co fotografować i są to rzeczy niejednokrotnie ciekawsze od zabytków, nie wiem w czym rzecz. Może oko łatwiej łapie polskie litery, ale przecież nie tylko o litery chodzi. Może tradycja sztuki jest bardziej zakorzeniona? Nie wiem, grunt, że jest fajny materiał jeszcze z Polski.







Jakoś tak mi wychodzi, że słowacką granicę przekraczam nocą i kimam zaraz za nią. Z Piwnicznej przeszedłem na słowacką stronę, Mníšek nad Popradom i w lesie na supernierównym po ciemku rozłożyłem namiot, tuż przed deszczem. 


Lało niezmiennie przez całe przejście przez góry, ogólnie nieciekawie, poza incydentem z krowami. Wybrały mnie na swego przywódcę i rozpoczęły wędrówkę za mną, wydając okrzyki na moją cześć. Na szczęście posunęły się tylko tak daleko, na ile pozwalał im elektryczny pastuch, wątpliwa wizualnie przeszkoda. 


Zwierząt ciąg dalszy - na wylotówce ze Starej Ľubovňi spotkałem łapiącego stopa bociana.


Obowiązkowy Kaufland i biała czekolada Studencka - coś, przed czym nie mogę się oprzeć i kupiłbym za ostatnie pieniądze. Zaraz po zakupie na głównym rynku zagadnął mnie starszy gość, czy przypadkiem nie jestem z Polski i gdzie jadę. Po słowacku zagadnął, dodam. Okazało się, że Milan, bo tak miał na imię, za dwie godziny jedzie do Košic (jakieś 150km), tylko wcześniej jedzie wykąpać się w zdrowotnej ponoć wodzie w kraterze. No to hajda, wybrałem się z nim.

Wykąpaliśmy się w kraterze, po jakimś czasie przyjechało tam też kilkoro Polaków. Milan ujawnił wówczas swoje talenty i okazało się, że oprócz bycia adwokatem jest także astrologiem. Ile wiedzy tajemnej z niego wyciągnąłem o tym, jak odczytywać datę urodzenia, co oznacza suma liter w imieniu i nazwisku oraz jak ze sobą współdziałają poszczególne znaki zodiaku... Skrzętnie się uczyłem, bo to przydatna wiedza, a zodiaku mnie samoistnie prześladują (co znalazło potwierdzenie także w dalszej podróży).

Milan nie dość, że mnie nauczył niektórych swoich tajemnic, to dodatkowo zaprowadził do bardzo taniej knajpy, supertaniej cukierni (bajaderki!), przenocował, a cały kolejny dzień zwiedzałem Košice z jego przewodnictwem. Jak byliśmy w tym mieście z Ulą i Anią w maju to urzekło nas i obiecałem sobie, że wrócę zapoznać się dokładniej - udało się już dwa miesiące później!




Łapię stopa tuż za granicą Milhost' - Tornyosnémeti. Właściwie dwa stopy, bo za furgonetką jedzie jeszcze znajomy mojego kierowcy w kombiaku. Kierowca nic z angielskiego, ja nic z rumuńskiego (jak się okazuje), ale koniec końców dogadaliśmy się, że właśnie wraca z Polski do Cluj-Napoca w Rumunii. No to bye bye Węgry, witaj nieoczekiwanie prędka Rumunio! Możnaby powiedzieć brzydziej, ale do zawodu Węgrami to dojdę w drodze powrotnej.


Zatrzymujemy się w środku nocy na stacji benzynowej przed Oradeą. Znajomy z kombiaka potrafi po angielsku.

- Well, so you're from Poland... you have nothing to see here in Romania. People are poor, there's no jobs. Everything's better in Poland, you have great country, great roads...

- And girls?

- Ahhh! The girls here are ten classes above the polish ones! - odpowiada z dumą, a szeroki uśmiech zastępuje mu poprzednie przygnębienie. No dobra, zweryfikuję!

Przesiadam się na autobus, który  za 3000 forintów (40 kilka zł) zabiera mnie z Oradea do Tîrgu Mureș.


4 rano, nowy kraj, nowe miasto, brak waluty (w portfelu tylko forinty, bo nie byłem przygotowany tak szybko przejechać przez Węgry), do tego pełny pęcherz. Za to w plecaku zapakowany smažený sýr, jeszcze przygotowany i zapakowany przez Milana. Centrum Transylwanii wita.

niedziela, 15 lipca 2012

Pajechali

Trzy pozytywne dni w Beskidzie Sądeckim i Krakowie z 26-ymi. Dużo śpiewania, muzyki, ognisko i kawiarenka pod Wysoką to był ogień, jedno z najlepszych ognisk na jakich miałem przyjemność grać. Jednak trzeba wykminić jakiś sensowny system zabierania ze sobą gitary. Wszędzie. I więcej ćwiczyć na harmonijce, na szczęście ta ostatnia siedzi spokojnie w kieszeni i jak tylko jest czas to myk!

Bazy namiotowe też świetne, aż szkoda że nie zgłosiłem się jak szukali bazowego na tydzień gdzieś... nie pamiętam gdzie. Przy takich groszach za wrzątek itp. to aż żal nie korzystać. Na zdjęciu ambasada Fjorda w bazie pod Niemcową.


Atmosfa świetna, ale to były trzy ostatnie dni ich obozu, pożegnałem ich na peronie i zostałem sam w Krakowie. Dla nich to koniec, dla mnie taki etap rozruchowy, trzeba napierać dalej po Przygody.

Ze wszystkich ostatnich lokalizacji dopiero schronisko młodzieżowe sprawiło przygnębiające wrażenie - duże puste przestrzenie, cisza, mrugające świetlówki, gdzieś w dali odgłosy lejącej się wody. Ale dobrze było po trzech dniach wymoczyć się pod ciepłym prysznicem.

No i następnym razem koniecznie muszę zabrać coś sensownego z wifi (telefon nie daje rady). Chociaż z drugiej strony to wygoda i sposobność ucieczki w wirtual z reala. A nie po to jedzie się daleko, żeby siedzieć w necie.

Uzupełnienie sprzętu, wypucowanie, kilka zapomnianych z domu rzeczy do wydrukowania i napisany w pociągu artykuł przepisany na kompa i przesłany do redakcji - czyli można ruszać dalej. Już jest sporo expa nawet po Polsce, dalej jeszcze więcej przyrostu - im dalej za limity tego, co znane i komfortowe.

Na pytania kiedy wracam, gdzie będę, mogę tylko powiedzieć, że nie wiem. Nie muszę koniecznie wracać na jakąś datę, więc limitami są baterie w aparacie, pojemność kart pamięci, budżet i chęci. To trudniejsze od zadeklarowanych i ustalonych planów, wykupionych noclegów i umówionych z innymi spotkań - bo tym co musi trzymać w ryzach jest własna bania. I to ją i samodyscyplinę trza trenować non stop, jak kot skaczący na wyimaginowane przedmioty w chatce pod Niemcową.

Pełnia zdjęć tutaj.

wtorek, 3 lipca 2012

Śladownictwo

Jakiś czas temu trafiłem na Listę 10 książek, których powinieneś unikać, jeśli chcesz zostać wielkim pisarzem. Generalnie chodzi o to, że tak mocno wpływają na styl, że potem człowiek się nimi sugeruje i zaczyna po prostu imitować...Oczywiście na przekorę zacząłem uzupełniać swoją readlistę wskazanymi pisarzami, zaczynając od nadrobienia braku w czytelnictwie Hłaski.

Akurat nie do końca mi przypasował, ale np. wiem że po przeczytaniu Stachury czy Stasiuka duża część ich myślenia czy stylu przesiąknęła. A na pewno nie pozostała bez wpływu, bo łapię się teraz na stasiukowych przemyśleniach czy stachurowskich rozważaniach. I pozostaje żal, że to tylko jakaś kopia, że to nie ja pierwszy tam byłem, nie ja wymyśliłem ten styl. Że to tylko kalka. Imitacja czy inspiracja?

Podobnie mam słuchając wielu wykonawców, szczególnie z kręgu akustycznego grania. Potem pisząc tekst albo kilka akordów docieram, że to kalka czegoś, czego słuchałem teraz lub dawniej. Nagle czuję, że ja to powinienem był napisać. Że ichni tekst równie dobrze mógłby być mój, ale jestem już spóźniony. Jestem już nawet nie wynalazcą, który niezależnie odkrył to co oni… Tylko wprost, po chamsku depczę po śladach, które oni zostawili. Imitacja czy inspiracja?

To jaki jest sens czytania, oglądania, słuchania innych? Przecież nie można powiedzieć, że nic nie zostaje w głowie, że nie sugerujemy się, nie ma to na nas wpływu. Ma, i to czasem cholernie duży, im bardziej wybitny twórca i im bliższy nam czy też naszym planom/marzeniom, tym ryzyko imitacji jest większe...

Jeszcze inna rzecz jest z podróżami, tutaj inspiracja tematem od Kasi. Słuchać prelekcji, czytać, a potem powtarzać kroki innych? Oglądać fotografie, żeby być potem w tych samych miejscach i widzieć to samo, co w albumie albo przed kompem? Gdzie to nieznane, gdzie to nieprzewidziane? Po co czytać książki podróżnicze, Cejrowskiego, Michniewicza, Pawlikowską, Stasiuka, żeby potem mieć wrażenie, że się idzie drogą, którą ktoś inny szedł i opisał, a my nie odkrywamy czegoś tylko powtarzamy po kimś? Nie jesteśmy pierwsi tylko którzyś z kolei? Tworzenie własnej opowieści vs odtwórstwo czyjegoś scenariusza. Kolejny raz - imitacja czy inspiracja?

No tak, musiał się w końcu pojawić Danilo Kis. „Podróżować znaczy żyć” – napisał w roku 1958, powtarzając słowa Andersena, ale w jego wykonaniu miały całkiem nowy sens. Rozkład jazdy na liniach autobusowych, okrętowych, kolejowych i lotniczych w projektowanej przez jego ojca skończonej i doskonałej wersji miał opisać, ba!, miał odwzorować w postaci jednostek czasu i odległości cały świat. Wolne miejsca między godzinami odjazdów i dystansami wypełniała cała dotychczas zgromadzona wiedza na temat lądów i wód, kultury i cywilizacji, historii i geografii, zaczerpnięta ze wszystkich możliwych dziedzin, począwszy od alchemii, a skończywszy na zoologii. Gdyby ta księga powstała, wszystkie podróże stałyby się zbędne. Zastąpiłaby je lektura. Nie musiałbym się tłuc z Duląbki do Bajansenye i potem jeszcze dwadzieścia parę kilometrów w dół biegu rzeki Kerka. Siedziałbym w domu, wiedząc, że to, co zobaczę, będzie tylko kopią, nędznym odbiciem jakiegoś podrozdziału albo akapitu wszechświatowego rozkładu. Nie tknąłbym długopisu, ponieważ droga z Duląbki i wszystkie inne drogi istniałyby w pierwotnej i doskonałej wersji, nietknięte ludzką stopą ani kołami pojazdów. Autobus do Jasła pozostałby w wiekuistej zajezdni, autobus do Krakowa tak samo i międzynarodowy do Budapesztu o 22:40, i tak dalej, aż po najdalsze zakamarki planety, i gdzie by się człowiek nie wybrał, zastawałby tam ślad szalonego geniuszu rozkładów.
- Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag

Czyli i o tym temacie ktoś kiedyś pomyślał i napisał. Czyli ja w tym momencie imituję?

Ja lubię. Lubię czerpać co tylko się da i od kogo się da, włączać do swojego repertuaru, warsztatu, wachlarza wrażeń, doświadczeń, wiedzy - pod warunkiem, że nie zastępuje to własnego przeżycia. Łączenie poszczególnych cegiełek, żeby zbudować dom według własnego projektu i widzimisię. Czerpiąc inspirację z niezliczonych stron i dołączając do swojego potencjału trudno pozostać tylko i wyłącznie imitacją jednej z nich. 

piątek, 29 czerwca 2012

Ukraina w maju

Długoplanowana Rumunia, w końcu w kwietniu zmieniliśmy plany na nieco niższe góry i stanęło na Ukrainie. Byle dziko, byle daleko, byle pusto. Mieliśmy jechać w piątkę jeszcze z Natalią i Ciołasem, ostatecznie stanęło na tym że pojechaliśmy w składzie Ula, Ania i ja. Byle wspólnie, byle razem, byle wesoło.

Jeszcze w ostatniej chwili dylemat czy na pewno jechać, bo kiedy wsiadaliśmy do pociągu na południe na Ukrainie właśnie wybrzmiewały echa wybuchów w zamachach terrorystycznych, ale... raz kozie.

Pierwszy zaskok już w Gdyni – otóż tym samym pociągiem na południe jedzie ekipa z gdyńskiej Zbroi, na dodatek wspólna droga wypada nam do Lwowa. Podróż mija wesoło przy Dobble i Czarnych Historiach, udowadniając, że o dobrą karciankę nigdy w plecaku nie jest za ciężko.

Po przesiadce w Krakowie ścisk, w Przemyślu ścisk, tak że ledwo wtłaczamy się do trzeciego bodajże busa do Medyki. Na przejściu granicznym ścisk, słowem – weekend majowy w pełni. 


Pielgrzymki w poszukiwaniu spokoju i starego świata – nie żeby u nas był już glanc, ale jak się okaże później, na całej Ukrainie czuć urzekający powiew dwudziestoletniego tchnienia wstecz. Dzięki uprzejmości Markowej ekipy i przyzwoleniu Sofiji zatrzymujemy się u płastów we Lwowie i przystępujemy do zwiedzania.




Miasto piękne, szkoda, że tak krótko i zależnie w zwiedzaniu - ale ma to swoje uroki. Pierwszego wieczoru zachodzimy do polecanego przez Michała Witkiewicza baru 'mlecznego' Puzowa Chata. Po trochu kilku dań, poszukujemy regionalizmów. Jeszcze nie do końca to tutaj, ale tanio.

Kolejnego dnia idziemy na polską mszę i na ogląd dachów Lwowa.




W tramwaju kolejny epizod - niespodziewanie grubszy gość pada na ziemię, zaczyna nim telepać. Krzyk, tramwaj staje, ludzie wysiadają. Szybka akcja i wspólnymi siłami harcerskiego patrolu ratujemy epileptyka. Karetka przyjeżdża po dobrej połowie godziny, mimo że jest to centrum - a do tego czasu trzeba utrzymywać wierzgającego delikwenta, kopiącego i drapiącego na prawo i lewo, z pogryzionym językiem. Ot, zawsze okazuje się że w praktyce nie jest tak łatwo jak na szkoleniach.

Dalej Łuczakowski i cmentarz Orląt. Fizycznie czuję, jak brak mi podbudówki historycznej, jak będzie co łatać i uzupełniać po powrocie. Jak w odbiorze tych miejsc są dziury, które trzeba czymś zapełnić.


Gdzieś w międzyczasie kupujemy mapę, rozstrzygamy jaka trasa, jakie połączenia, kupujemy bilety kolejowe. Idzie się dogadać, wystarczą podstawy rosyjskiego, polski, kartka i długopis i obowiązkowo cyrylica. Bo niby wiadomo, że Budka Suflera gra, ale gdzie?


Nie możemy uwierzyć, że tak tanio udało nam się dostać bilety. Pytamy Sofiję, pytamy w informacji turystycznej czy to na pewno wszystko, czy są jeszcze jakieś miejscówki czy coś. Ogólnie - do Iwanofrankowska dostajemy się za jakieś śmieszne 7zł? od osoby.

fot. Ania Korol

Pociąg wesoły, atmosfera bardzo swobodna. Gdzieś ktoś popija, szczerbaty spocony śpiewak zbiera drobne i zarywa do każdej dziewczyny przy której nie ma chłopaka. Swojsko. 

W Iwanofrankowsku lądujemy koło 21:00, robi się ciemno, środek miasta. Docelowo chcemy dostać się do Jaremczy, ale taksiarz nawet po negocjacjach chce horrendalne pieniądze. W końcu decydujemy czekać na marszrutkę, ale w międzyczasie zagaja nas całkiem niezłym angielskim pani z dzieckiem, czy nie chcemy się zabrać z nią taksówką. Chodzimy, negocjujemy, białą wołga najpierw nas wystawiła, w końcu po pół godzinie zjawia się. Samochód rozsypuje się wręcz na kawałki, podobnie jak kierowca. Ale co zrobić, przygoda! Kosztuje nas to mniej więcej tyle co marszrutka, a zawsze to coś nowego.

Wołga zostawia nas gdzieś w Jaremczy pośrodku nocy, wbijamy daleko w górę, żeby tylko na skraju wioski rozłożyć się i przeczekać noc.



Rano zaopatrujemy się wreszcie w dokładniejszą mapę Świdowca, bo zabrana z Polski nie była tak dobra, jak sądziliśmy. Z Jaremczy większym autokarem dostajemy się do Jasinji. Zaczynają się już piękne, górskie widoki, ciągnący się wartko koło drogi Prut. W Jasinji uzupełniamy zapasy chleba - pyszny, prosto z pieca, jeszcze gorący. Bochen zjadamy na miejscu, drugi ląduje w plecaku. 

Czeka nas długi marsz, żeby wyjść z długiej wioski i zacząć wchodzić w pasmo Świdowca. Po drodze coraz nowocześniejsza ukraińska wieś. Żar z nieba, woda szybko schodzi z butelek.




Nad potokiem jest jak się umyć, po lepkim skaju pociągu, po kurzu polnej drogi. Wchodzimy wreszcie w las, droga zaczyna się wznosić - aż wreszcie między drzewami widzimy Świdowiec.

Tego dnia nie było nam dane wyjść z lasu, ale rozbijamy się niedaleko potoczku, który ratuje nam dupy jeśli chodzi o zapas wody. Zaczyna lekko kropić, ale ostatecznie pogoda utrzymuje swój słoneczny klimat. Udaje się rozpalić ognisko, na deser po pysznej kolacji - pianki z ogniska. Amerikan stajl. Oczywiście zlepiło się to wszystko w czasie transportu w niemiłosiernym skwarze, tak że tniemy nożem, rwiemy, gryziemy... Ale ogólnie to smaczny wynalazek. Ja próbuję spać przy ognisku, ale koło 3 zawijam się z nadejściem porannego chłodu.

fot. Ania Korol


Kolejnego dnia, kończy się wyraźna ścieżka w lesie i zaczynamy powoli kluczyć, na dobrą drogę kieruje nas ścieżka znaczona folią obwiązaną wokół gałązek. Docieramy do linii śniegu - w powietrzu 25-30 stopni, śnieg po kolana. 



Wreszcie wychodzimy na jeden z obłych szczytów i zapycha nas widok na te puste, piękne góry. Przerwa na słońce, obiad i odpoczynek - nigdzie nam się nie spieszy. Można do woli podziwiać.






Rozbijamy się kiedy już wszystko jest złote od zachodzącego słońca. Niepowtarzalny widok, bez wątpienia najlepsze miejsce na zaśnięcie i później na obudzenie się na wschód słońca.

Zachód

Wschód

Widok po przebudzeniu


Woda jak to zwykle na grani - się skończyła, więc po drodze naczerpujemy pełne butelki śniegu, który w międzyczasie jakoś musi nam wystarczyć żeby nie zdechnąć. Ale zaczyna się już schodzenie z pasma Świdowca, przez las i wreszcie w jego oknie rozmalowują nam się Kvasy:


Zejście, strumień i kolejna godzina mija na moczenie tyłków w zimnej wodzie, pranie, uzupełnianie płynów. Zaraz potem idziemy na stację kolejową nieco się rozeznać jak będzie wyglądała nasza droga powrotna, kiedy zejdziemy z powrotem do Kvasów z Czarnohory. 

Pod sklepem zagaduje mnie starszy gość, wskazując na półpełne butelki stojące na krawędzi peronu. Po chwili jarzę, że chodzi mu o to żebym się napił wody - szemrane nie szemrane, raz kozie. Woda dobra, lekko gazowana, kwaskowa. Okazuje się, że niedaleko jest źródełko z zewnątrz wyglądające dość odpychająco (komary, jakieś zielsko, podmokły kanał) ale butelki po zanurzeniu napełniają się czystą, naturalnie gazowaną wodą. Stąd zresztą nazwa Kvasy, jak wyjaśnia Misza. Znajdujemy wspólny język, bo moją rodzinną miejscowością są Krynki na Podlasiu, nazwane na tej samej zasadzie.


Misza widzi, że nam smakuje, idzie do domu po puste butelki. Odwdzięczamy się piwkiem, a sami ruszamy obładowani (za dużą) masą pysznej wody, chałwą i kwasem chlebowym z pobliskiego magazinu. 

Czarnohora to już ludzie, głównie Polacy, chociaż spotykamy też chyba Rosjan. Podejście męczy, dźwigamy za dużo wody, spijamy i pozbywamy się tego co można. Obiadokolacja na bogato - mielona z sosem chińskim i orzeszkami. Ekstrawagancja lux.





Wejście na Pietrosa to już wycieczki, tłum i tłok. No nie ma jednak tego klimatu pustki - niby fajnie po kilku dniach tylko w gronie naszej trójki, ale mnie szybko irytują rozkrzyczane, kolorowe wycieczki. Za to widoki wspaniałe, szczególnie że po kilku dniach słonecznej pogody zaczyna nadchodzić burza znad Howerli.




 Znalezione w skałach na szczycie bańki - śmiecenie czy szansa na zabawę dla innych?




Po zejściu w pierwszych kroplach deszczu rozkładamy namiot, gotujemy żarełko. Zmęczenie całym wypadem daje o sobie znać. To de facto pożegnanie z górami Ukrainy, rano schodzimy do Kvasów, stamtąd busikiem do Rachowa. 

- Kiedy będzie marszrutka na Rachów?
- Zaraz, zaraz.

I czekamy, miejscowe dzieciaki też czekają. Zaraz będzie, to zaraz będzie. Tutaj nikomu się nie spieszy, bo do czego? Bo po co? Bo co robić? Ichnie "zaraz" to dobre czterdzieści minut. Po jakim czasie w mieście w normalny dzień szlag nas trafia, gdy czekamy na autobus?

A oni mają czas - wydaje się, że są o to bogatsi. Niby czas to pieniądz, czuć było że tam mają czas, a my w naszych miastach i w naszym zapieprzu mamy pieniądze. Nie wiem jaki jest przelicznik, ale będąc na Ukrainie mam wrażenie, że jest jasna odpowiedź kto na tym wygrywa.


W marszrutce już czeka na nas regionalna wersja disco polo, wesoło zacinająca na cały regulator. Dziewczyny nie przejmują się tym, zmęczone albo spojone aviomarinem zapadają w kimę.

Rachów prezentuje się znów słonecznie, na głównym placu mamy kościół, cerkiew i dom kultury. Wszystko w jednym miejscu. Przechodzimy się po targu, jemy placki ziemniaczane za kolejne grosze. Spokój, nie spieszy się - to motto całego tego wyjazdu, na wszystko właściwie jest czas. Wracamy przed odjazdem autobusu do Użhorodu, gdzie przejście polecił nam Dudi.




Przejście oczywiście jest samochodowe, a my jesteśmy na nim tuż przed zmrokiem - robi się nieciekawie. Widzę jakiegoś szczurowatego gościa pod sklepem.

- Chcecie przejść przez granicę?
- No tak.
- A ile dasz?
- Hmm... 40 hrywien. (15zł)
- Pff. - obraca się, żeby odejść.
- A ile chcesz?
- 100 hrywien i przechodzicie.

Doszliśmy do porozumienia chyba w wysokości 60hr. Na co stwierdził, że "pogranicznik zrobi nam taxi" - jednym słowem zagada kierowcę, żeby nas wziął. I interes kwitnie. Obrotny gość pyta się jeszcze na odjezdne, czy nie chcemy wymienić waluty na euro, ale w obawie przed bandyckim kursem rezygnuję z operacji. Na co gość wyjmuje z reklamówki niewyobrażalny plik hrywien i euro i cośtam sobie przelicza... względność bogactwa.

Okazuje się, że nie jest tak łatwo wydostać się z Ukrainy. Na przejściu (było ok. 23) celniczka bierze mnie na spytki. Skąd wracamy? Gdzie spaliśmy? W górach, dobrze, ale w jakich miastach? Dlaczego wyjeżdżamy przez Słowację, skoro wjechaliśmy z Polski? Gdzie po górach chodziliśmy? Dzwoni do naczelnika przejścia czy Bóg wie czego.Zaczyna się stresik czy wyjedziemy w ogóle. W końcu nas puszczają, a kierowca wysadza nas kawałek za przejściem, koło boiska do piłki nożnej.

Umieramy ze zmęczenia, więc w narożniku rozkładamy namiot i stać nas tylko na zupki chińskie i idziemy spać.


Około 5 rano czasu słowackiego budzi nas klakson. Najpierw jeden - myślę sobie, a autobus podjechał na parking czy coś. Drugi.... hm. Wychylam się z namiotu jedną ręką trzymając śpiwór. Witają mnie zacięte służbowo twarze pograniczników, które zmieniają się w uśmieszki, kiedy z drugiego wejścia wyturliwują się Ula i Ania. Kontrola paszportów, czemu śpimy na granicy, a jak przez nią przeszliśmy bez samochodu itp. W końcu mówią, że autobus o 7 rano i odjeżdżają. 

Zostajemy z hrywnami i złotówkami w kraju, gdzie płaci się w euro... na dodatek na totalnym zadupiu, bo na samym przejściu nic nie ma. Za autobus nie zapłacimy - w końcu udaje nam się złapać jakiś ukraiński autobus jadący na Michalovce i zapłacić w hrywnach. 

Sprytny myk w Michalovcach - mimo, że nie ma żadnego kantoru, to płacąc w Kauflandzie złotówkami możemy dostać resztę w euro. No to menelimy po kilka razy płacąc pięćdziesiątkami za jedną studencką (biała rządzi światem!), aż wzywana za każdym razem kierowniczka zmiany mówi "To Ci Polacy, ja ich znam...". 

Z Michalovców bus do Koszyc, które okazują się być nieprzewidzianie pięknym przystankiem na naszej drodze. Na rynku trwa jakiś festyn rodzinny, znowu pełne słońce, starówka i lody.




W Koszycach niestety tylko dwie godziny, zanim nie zapakowaliśmy się do pociągu wiozącego nas pod samiuśkie Tatry, w towarzystwie przesympatycznego konduktora. 



Poprad zapamiętam jako ponury kurort - właściwie nie było gdzie pójść oczekując na busa, na którego nie wiadomo także ile czekać. Zero sensownego rozkładu połączeń na polską stronę, tak skołowany komunikacyjnie nie byłem w żadnym momencie ogarniania transportu na Ukrainie. Na szczęście spotkaliśmy Polaków, którzy zapamiętali godziny odjazdu jakiegoś prywatnego przewoźnika i sami zresztą też udawali się na polską stronę. 

Z granicy wezwany wspólnie busik z Zakopca wraz z kilkunastoma innymi turystami z Polski, a dalej PKP i koniec ukraińskiej przygody - na razie. Nie wymieniałem ani euro, ani hrywien z powrotem na złotówki, mam wrażenie, że przydadzą się niedługo. 

Pozostaje pewność, że w każdych warunkach idzie się dogadać, z każdej najzabitszej dechami wioski da się wydostać, i to, że Wschód jest piękny. Wcześniej mnie tam tak nie ciągnęło, teraz zdecydowanie częściej tam patrzę niż na Zachód. Jest coś magicznego, co warto poznać, zanim się skończy, ucywilizuje, stechnicyzuje, ujednolici i zglobalizuje.

Całość fotonów na Picasie.