środa, 31 października 2012

Wy godnie

Kiedy chcesz nauczyć się czegoś, rozwinąć w sobie… wychodź w nieznane. Bo gdzie można się czegoś tak dobrze nauczyć, tak dobrze rozwinąć, jak gdzieś w zupełnie nietkniętym kierunku?

Każdy z nas ma zestaw zachowań, sytuacji, umiejętności itp., z którymi czuje się komfortowo. Doświadczył ich już i wie, że sobie poradzi, że potrafi. I mamy wokół siebie taką bańkę składającą się z naszych przeszłych doświadczeń, w której czujemy się naprawdę dobrze. Tyle, że żeby się rozwijać trzeba wychodzić poza strefę komfortu… im dalej, tym bardziej rozwojowo. Im częściej, tym łatwiej przychodzi kolejne wykraczanie poza bańkę.

Wiele osób ma grube ściany wokół swojej strefy komfortu, obawiając się wychodzić poza nie. Bo coś się stanie – wygłupią się tańcząc pierwszy raz, nie zrobią tego czy owego, bo się na tym nie znają, nie wiedzą co zrobić, nigdy tam nie byli… W obawie, że nie są dosyć dobrzy żeby podołać nowej sytuacji. I bańka się utrwala w dotychczasowym kształcie. A co może się najgorszego stać?

Jak masz czuć się kiedykolwiek z tym wygodnie, jeśli nie zaczniesz tego robić? Jeśli zaczniesz i będziesz kontynuować, to staniesz się lepsza/y w tym. Umiejętność przyjdzie z czasem, ale nie inaczej jak przez trening.

Śpij wygodnie

Tymczasem dążymy do tego, żeby wszystko maksymalnie sobie ułatwić, im prościej, im szybciej, im łatwiej – tym lepiej. Lepiej? Bardziej rozwojowo? Komfort usypia uwagę, przytępia zmysły, wygasza myślenie. Bo po co, jeśli jest komfortowo?

Pomysły biorą się z niedostatku, z braku, z potrzeby. W obliczu braku mózg się uruchamia, zaczyna się gimnastykować żeby znaleźć nowe drogi do celu. Zaczyna być naprawdę kreatywnie, jeśli pozbyć się oczywistych ułatwień.

Otaczamy się wygodą, chcemy bezpieczeństwa, stabilności. A przecież rozwój jest w zupełnie drugą stronę…

Każdy w innej bańce chodzi

Trzeba mieć świadomość, że mamy często zupełnie różne strefy komfortu, różne grubości ich ścian, różną skłonność i otwartość na wychodzenie w nowe sytuacje. Granice strefy komfortu jednego człowieka mogą być nie do pojęcia dla innego („Jak możesz z takim spokojem przemawiać przed dwutysięczną publicznością!”). Ale dużo jest kwestią treningu, a jeśli ktoś jest otwarty na poszerzanie strefy komfortu idzie szybko.

Pamiętam początek pisania bloga. Wątpliwości czy w ogóle mój warsztat do czegoś się nadaje. Zwlekanie z tym pomysłem dobre pół roku (?). Jak niekomfortowo się czułem pisząc pierwsze wpisy. Teraz NieIstota ma prawie 90 postów, ponad półtorej roku, ponad 5000 wyświetleń. Ja czuję się coraz bardziej komfortowo pisząc kolejne teksty.

Jak niekomfortowo się czułem pierwszy raz nocując sam w namiocie pośrodku gór (bodajże Jeseniky?), pierwszy raz prezentując swoje piosenki przed szeroką publicznością na Bazunie. Z czasem to wchodzi do repertuaru zachowań, my jesteśmy w stanie coraz częściej to robić, więc stajemy się coraz lepsi. Strefa komfortu się poszerza, więc można iść dalej!

Teraz zastanawiam się często, co byłoby dla mnie dyskomfortem, kolejnym krokiem. Czego dalej spróbować i w jaką sytuację się wepchnąć, próbując z niej wyjść. Ok, nocowałem w zeszłym roku w zimie w górach w namiocie. W tym roku trzeba pójść dalej – marzę o noclegu w jamie śnieżnej.

Twój dysko

Pomyśl przez chwilę co dla Ciebie jest dyskomfortem. Zarówno jeśli chodzi o duże rzeczy jak i małe, które można dokonywać codziennie. Nie muszą to być sensowne albo znaczące rzeczy, ale wypychanie się poza strefę przyzwyczaja do tego, osłabia granice bańki.

A gdy niespodziewanie życie rzuci nas w zupełnie inną sytuację… to jesteśmy na tyle oswojeni z odnajdywaniem się w nowych sytuacjach, że nie sparaliżuje to nas ani nie złamie.


PS. Czuję się niekomfortowo z pisaniem po angielsku, ale za radą kilku osób zaczynam ćwiczyć pisanie po angielsku nowych tekstów i redagowanie starych… zobaczymy co z tego będzie!

środa, 10 października 2012

Bespinięsy II

Pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich nie da się żyć. Nie da się? Chwilę zastanowić się można czym jest pieniądz... Przecież z czysto realnego punktu widzenia to skrawki papieru. Mam kilka takich zielonych skrawków o wartości 15 kebabów albańskich. Z tym, że żaden bank (nawet w Podgoricy!) nie chce tych pieniędzy, ja nie kupię tutaj za nie nic, a same w sobie są gorsze nawet od czystego papieru, bo trudniej po nich pisać.

Po co ci pieniądze? Potrzebne ci towary i usługi, papieru albo bilonu do ust nie wepchniesz, strój z banknotów byłby raczej niepraktyczny (Lady Gaga jeszcze w takim nie wystąpiła?), przetopić na stal do budowania domu też ciężko. To na cholerę. Pławić się w bogactwie?


Sądzę, że niewielką naukę czerpiemy z mitu o Midasie.

Pieniądze są tylko skrótem myślowym. Gdybyś miał potrzebne towary i usługi, pieniądz staje się bezużyteczny. Gdybyś miał pieniądz, praca zarobkowa staje się bezużyteczna. Kto dobry z matmy, równanie może sobie dalej poprowadzić, ale nie o pracy tutaj mowa tym razem.

Waluta jest wygodna, ze względu na to, że barterem sprawy się nie załatwi. Będąc lekarzem nie zawsze znajdziesz hydraulika, który potrzebuje twoich usług i wymienicie się 1:1. Dlatego potrzebne jest coś pośredniego. Na dodatek kwestia rozmienialności: na drobne (obyśmy sami się nie rozmieniali):

Gdyby miał na własność wołu, a chciał kupić w sklepie igły i nici, niewygodne i wnet niemożliwe by było, jego zdaniem, stopniowe zastawianie części tegoż zwierzęcia na daną kwotę.
- Henry David Thoreau, Walden

A co z minusami pieniądza?

Bieżący kryzys sporo mówi o operacjach fikcyjną wartością. Pójście w uliczkę, gdzie pomnażanie pieniędzy nie wiąże się z żadną realną wartością… Instrumenty pochodne od instrumentów pochodnych… Coś przypominam sobie z nauk mojego wydziału o parytecie złota, na szczęście pieniądz uwolnił się z tych przyziemnych okowów i nie musi mieć żadnego pokrycia w rzeczywistości, wystarczy drukareczka albo impuls elektryczny.

I tu przypowieść o tymfie (gwiazdorze powiedzenia ‘dobry żart tynfa wart’). Nominał srebrnej złotówki wynoszący 30 groszy, zawartość kruszcu równa połowie tego. Monogram króla Jana Kazimierza ‘ICR’ już wtedy rozszyfrowywano jako Initium Calamitatis Regni – ‘początek nieszczęść królestwa’.

Dwa - pieniądz jest pod kontrolą państwa. Państwa, które przecież tak nieracjonalnie się zachowuje, nieracjonalnie wydaje i gospodaruje tym, czegokolwiek się tknie. Hiperinflacja z lat 20-tych spowodowana swobodnym dodrukiem pieniądza, uczyniła bezwartościowym kolejne papierki i żetony. I nagle z pieniądza zarobionego realną pracą, realną wartością… robi się nic. Przez błędne decyzje od ciebie niezależne. Proszę bardzo, możesz rozliczyć polityków nie głosując na nich w następnych wyborach -  ale owoców pracy ci to nie wróci. Farsa demokracji. George z Grecji opowiadał mi, jak powszechne stały się samobójstwa w jego ojczyźnie, gdy ludzie z dnia na dzień stracili oszczędności w bankach.

Pieniądz jest narzędziem wolności (albo może nim być). Narzędzia wolności nie chcę oddawać pod kontrolę komuś, kogo nie kontroluję.

Wealth is a tool of freedom. But pursuit of wealth is the way to slavery.
- Frank Herbert

Trzy – myślenie. Skrót myślenia i pożądanie papieru i żetonu w miejsce tego, co realne. Ogniwo pośrednie odwraca uwagę od tego co rzeczywiście potrzebne, wydaje mi się, że łatwiej o chciwość operując na fikcji. Bo milion dolarów każdy by chciał mieć, a milion chlebów? Panie, gdzie ja by to pomieścił?

Jakie są alternatywy? O barterze pisałem, nie ma opcji. O idealnym dla mnie systemie rozpisywać się nie będę, przynajmniej nie tym razem. Ale jest inicjatywa rodem bodajże z RPA, na którą trafiłem dzięki Przekrojowi (coraz bardziej lubię ten tygodnik).

W Polsce działa to pod nazwą Wymiennik. Nie jest to nowe, koresponduje z tzw. bankami czasu, obecnymi na świecie i w Polsce - chociażby flagowy BankCzasu.org, gdzie pachnie jednak trochę barterem, więc nie jest to do końca skuteczne. Wymiennik wydaje mi się ulepszoną wersją, bo jak pisze o sobie:

To całkiem proste. Maja chce zjeść domowy obiad, ale nie potrafi gotować. Wchodzi więc na wymiennik i znajduje ogłoszenie kucharza Igora, który tworzy smakowite cuda. Maja odwiedza Igora i wychodzi od niego bogatsza o pyszności i nową znajomość. Potem Igor loguje się w wymienniku i zapisuje na swoim koncie 20 punktów (zwanych alterkami), które zostają odjęte od konta Mai. Za jakiś czas ktoś inny skorzysta z umiejętności Mai, która potrafi szyć piękne wełniane czapy – wtedy to Maja zdobywa co nieco alterek. I tak to się kręci, wiruje, krąży i wraca.

Proste, genialne. Omijamy pośrednictwo drukowanego pieniądza pod kontrolą państwa. Omijamy podatki – przysługi sąsiedzkie są nieopodatkowane (wykładnia Ministerstwa Finansów). Poznajemy ludzi z okolicy, którzy umieją coś ciekawego. Sami staramy się też wytworzyć jakąś wartość, którą ktoś zechce od nas. Staramy się być przydatni. Nie ma zapomóg dla bezrobotnych, socjalnych alterek dla ubogich. No i stwarzamy przestrzeń do wolnych zawodów. Nie musisz mieć salonu, opłacać działalności gospodarczej, przechodzić rekrutacji ani zależeć od szefa zakładu fryzjerskiego, żeby obcinać włosy ludziom, którzy na to są chętni. Wolność usług, wolność przepływu. Szara strefa na całego - jestem za.

Myślę, że to dobra droga do uniezależnienia się od pieniądza i dobra do poznania ze swoimi sąsiadami i ludźmi, którzy bez złotówek chcą pomagać innym. Może kiedyś dojdzie i do tego, że zapomnimy o systemie alterek?

Są też wady Wymiennika:

W rzeczywistości i to jest opodatkowane, a raczej oinflacjowane. 2% z każdej transakcji pojawia się na koncie właściciela (nie zostaje zabierane,  tylko system je „dodrukowuje”). W formie alterek może on dzięki temu zatrudnić ludzi, którzy wykonają plakat czy inne prace promujące projekt. Jak dla mnie – ok.

Inna wada to elektronika. Krach systemu, nie wiemy ile kto ma alterek na koncie, o Boże, co robić, nikomu już nic nie pomogę, bo nie wiem ile za to dostanę.

I jasne, jest ryzyko oszukania systemu – gdy ktoś nabije sobie punkty fikcyjnymi usługami, a potem będzie kupował te prawdziwe od innych…  Ale chciwości ludzkiej nie przeskoczysz tak długo, jak to materia i luksus jest podstawową wartością definiującą życie człowieka. 

niedziela, 7 października 2012

Kwaśne marzenia

Egzaminy wstępne na kierunek nauk politycznych. Profesor rozmawia z kandydatką:
- Co Pani wiadomo na temat programu ekonomicznego dla Polski realizowanego przez ministra Rostowskiego?
Dziewczyna milczy.
- No to co Pani wie o polityce społecznej Donalda Tuska?
Dziewczyna milczy.
- A wie Pani kto to jest Donald Tusk? Jarosław Kaczyński? Coś pani mówi nazwisko Komorowski?
Dziewczyna milczy.
- A skąd Pani pochodzi?
- Z Bieszczad Panie Profesorze.
Profesor podszedł do okna, wygląda na ulicę, chwilę się zastanawia i mówi do siebie:
- Kurwa... może by tak wszystko pierdolnąć i wyjechać w Bieszczady…?

A kto by nie chciał? Nie ma to jak zasztrasburgerować na początku. Tak mi się skojarzyło z podziałem marzeń, na dwie sfery. Na sferę takich true-marzeń, które wplatają się w życie. Takie marzenia,  że ot, chcę mieć dom, to pracuję na zdolność kredytową, odkładam gotóweczkę, przeglądam ogłoszenia, orientuję się w rynku co i jak. Jak chcę przebiec maraton to zapieprzam z planem treningowym, deszczyk nie deszczyk, zmęczenie nie zmęczenie. I coś robię w kierunku tego, żeby to się spełniło.

Druga sfera marzeń (można je tak nazwać?) związana jest z pieprzeniem. Jak to bym coś zrobił, chętnie bym wszystko rzucił i pojechał w Bieszczady, choćby jutro. To jedź.  Eee, no nie, w sumie to nie mogę bo praca, sraca, a właściwie to w piątek mam urodziny koleżanki. No i dentystę za dwa tygodnie, właściwie to nic poważnego, ale przegląd trzeba robić regularnie. Może za rok. To na cholerę chrzanisz i sobie i innym dupę zawracasz takim gadaniem.

Takie „wiesz, zazdroszczę Ci X, też bym chciał Y, zawsze chciałam Z”. Co robisz, żeby być o kroczek bliżej w drodze do tego XYZ? Czy w ogóle wiesz, gdzie ta droga się znajduje, jak na nią wejść i przez co prowadzi? Czy po prostu byle wymówka cię z niej zawraca, nawet zanim jeszcze poważnie na nią wkroczysz?

Jeśli tak, to są to takie kwaśne marzenia, niedojrzałe jabłka, w za dużej ilości, powtarzane i niezrealizowane… mogą tylko przyprawić o frustracyjną sraczkę. Ciebie i otoczenie. No bo ile można gadać/słuchać co to by było, gdyby się dało, ale się nie da. Albo chcesz, albo „chciałbyś”. Albo realizujesz, albo „realizowałbyś”. Panie, jakby się dało, to czemu nie…

rys. Andrzej Mleczko


Trzeba odróżniać CHCĘ od CHCIAŁBYM. Albo CHCIAŁBYM CHCIEĆ. Staram się albo przerzucić z koszyka Chciałbym do koszyka Chcę i wcielić w życie. Jeśli przez to musiałbym poświęcić coś, co jest wyżej na liście priorytetów - to jest miejsce na weryfikację. I wyrzucam to w ogóle z mojego pola widzenia/gadania. Bo tylko frustruje. A jak się pomieści w realu i da się zaplanować życie, żeby kierunek z takim nowym "marzeniem/zachcianką/planem/zwał jak zwał" był zgodny i go nie ominął - to wrzucam w koszyk Chcę. I Dążę. A przynajmniej próbuję (w wyniku m.in. tego moja lista 100 marzeń zmniejszyła się do 28. I kilku kandydatów do tego miana).

Bo ile można żreć niedojrzałe jabłka, żyć z cierpkim wyrazem na twarzy, a potem jeszcze biegać po kiblach. Ani to przyjemne ani produktywne, tylko deprech mode można złapać. Albo porzucić kwaśne jabłka, albo wcielić w życie, dojrzeć razem z nimi i zebrać pełne siaty.

PS. Autor prywatnie uwielbia kwaśne jabłka, ale z racji ograniczonej wyobraźni taka metafora powstała i zostanie. Hej.

środa, 3 października 2012

O postępowaniu

Często z odkrywaniem rzeczy
Nie trzeba się spieszyć
- Paweł Czekalski, Xiężyca czas


Rozwijamy się, jest postęp. Cywilizacja idzie do przodu, tylko mam wrażenie że tak chcemy to wszystko pchać do przodu, że już nie zastanawiamy się czy to dobry kierunek. Przez ostatni miesiąc taka refleksja mnie napotykała co chwilę. Że coraz bardziej ulepszamy, ale nie tę drogę co trzeba. Coraz szybciej jedziemy, ale w złą stronę. Mamy coraz ostrzejsze siekiery, ale to nie z tego lasu trzeba drwa rąbać. 

Nasze wynalazki to zwykle śliczne błyskotki, które odrywają naszą uwagę od rzeczy poważnych. Są tylko ulepszonymi środkami wiodącymi do nie ulepszonego celu, celu już i tak zbyt łątwo osiągalnego. Bardzo nam śpieszno skonstruować telegraf magnetyczny z Maine do Teksasu, może atoli Maine i Teksas nie mają sobie nic ważnego do przekazania.
- Henry D. Thoreau, Walden
Próbowałem chleba i w Wielkiej Brytanii i na Ukrainie. Łatwo zgadnąć, który był lepszy, z chrupiącą, pachnącą skórką. Którego smak czuć było już przez łamiące go na kawałki dłonie. Zdrowy chleb w zachodnich krajach to wyjątek, sprzedawany na stoiskach ze znaczkiem "eko", za dodatkową kasę. Nowy trend, na coś co w mniej postępowych krajach jest normalne. To postęp jest? To, że pomidory mają coraz mniej smaku? Że z rumuńskich owoców smak aż ścieka po brodzie, podczas gdy u nas niejednokrotnie można dostać błyszczący, kolorowy papier bez smaku (bynajmniej nie chodzi tu o papierówki)? To jest postęp, ja się pytam? Że prawdziwego pożywienia trzeba szukać po targowiskach (wynalazek dawnych wieków) podczas gdy w powstałych niedawno hipermarketach nie znajdujemy tego, co dobre?

Żyjemy dłużej, ale czy szczęśliwiej? Mamy coraz lepsze warunki życia, ale czy to przekłada się na coś ponad ślizganie się po powierzchni życia? Czy postęp w zadowoleniu z życia jest proporcjonalny do skoku technologicznego, którego dokonaliśmy na przestrzeni wieków?

Choroby fizyczne zostały w dużej mierze opanowane. Za to panoszą się w ich miejsce choroby i problemy psychiczne. Depresja, problemy z poczuciem własnej wartości, koncentracją, społeczne odizolowanie, czy japoński wynalazek karōshi (śmierć z przepracowania). Ocenianie życia na podstawie jego długości jest szaleńczym błędem, lepszy rok jako wolny człowiek czy dwadzieścia lat w kamieniołomach?
A jeden dzień może być lepszy niż tysiące innych.

Podobnie jak ocenianie rozwoju kraju czy gospodarki na podstawie PKB.

ZB: Niech pan na przykład weźmie powszechny dziś w świecie sposób obliczania wydajności krajowej gospodarki, czyli PKB. Przecież PKB wciąż rośnie, a ludzie jakoś nie czują, że im się dużo lepiej żyje? Dlaczego?

JŻ: Bo wzrost trafia do kilku procent najbardziej zaradnych, którzy i tak byli najbogatsi?

ZB: To jest jedna przyczyna. Ale sam wzrost PKB to w istocie rzeczy globalne megakłamstwo, jeśli się go przyjmuje za miernik ludzkiego dobrobytu. Bo PKB notuje ilość pieniędzy, które w obrębie jakieś gospodarki przeszły z ręki do ręki. Natomiast ogromnej sfery gospodarki moralnej, rodzinnej, sąsiedzkiej, środowiskowej – PKB nie uwzględnia. Kiedy siedzę samotnie w stołówce czy w barze i połykam fast fooda, to może nie jest mi specjalnie przyjemnie, ale spełniam jakiś społeczny obowiązek, bo rachunek, który zapłacę, wejdzie w skład PKB i zwiększy wskaźniki wzrostu gospodarczego. Natomiast jeżeli żona ugotuje mi obiad i zjemy go razem z dziećmi, to może nam będzie przyjemniej i zdrowiej, ale zachowamy się aspołecznie i agospodarczo, bo PKB tego nie odnotuje. Kiedy do cna rozpadną się rodziny i wszyscy wylądujemy w stołówkach czy fast foodach, to zapewne ubędzie nam szczęścia, a pewnie i człowieczeństwa, ale PKB wzrośnie.
(…)

Rządy chlubią się wzrostem PKB, ale nie mówią, w jakim stopniu wzrost PKB podnosi jakość życia, a w jakim ją niszczy. A przecież kiedy już wszystkie nasze potrzeby i pragnienia – od jedzenia po seks – zaspokoi rynek i kiedy całe nasze życie zostanie sprowadzone do zarabiania oraz wydawania pieniędzy, staniemy się najbardziej nieszczęśliwymi, najbardziej samotnymi i absurdalnymi stworzeniami na świecie. Możemy oczywiście skomercjalizować całą tę sferę życia, która tradycyjnie była oparta na relacjach moralnych, wspólnocie, samopomocy i ludzkiej samodzielności, ale jak wtedy będzie wyglądało życie?
Czy jeśli rzeczywiście tak się bogacimy, to nie powinniśmy mieć więcej czasu na to, co kochamy? Jeśli dzisiejsze bogactwo jest niepomiernie większe od bogactwa sprzed dwustu lat (dajmy na to dziesięć razy), to czy nie powinniśmy pracować dziesięć razy mniej? A tak się nie dzieje. Następuje inflacja pieniądza, inflacja czasu, inflacja pracy, inflacja technologii i inflacja potrzeb. „Potrzebujemy” więcej, a więc postęp nie jest realny. Postęp jest tylko pozorem, tak samo jak podwyżka o 3% przy 3% inflacji. Nominalnie jesteśmy bogatsi, realnie tkwimy cały czas w tym samym, zmieniają się tylko detale. 

Jeżeli utrzymuje się, iż cywilizacja oznacza rzeczywisty rozwój warunków bytu - a moim zdaniem to prawda, chociaż tylko mądrzy udoskonalają swoje zdobycze - należy wykazać, że stworzyła lepsze domostwa nie podnosząc ich kosztów. Ceną zaś rzeczy jest ilość tego, co nazwałbym życiem, które należy za nie wymienić - natychmiast albo w ostatecznym rozrachunku. Przeciętny dom w mojej okolicy kosztuje chyba osiemset dolarów. Odłożenie tej sumy trwa w przypadku robotnika dziesięć, piętnaście lat, nawet jeśli nie jest obciążony rodziną. (...) Robotnikowi upłynie na ogół połowa życia, zanim zarobi na własny wigwam. Czy człowiek niecywilizowany mądrze by zrobił wymieniając na tych warunkach wigwam na pałac?
- Henry D. Thoreau, Walden

Zastanawiam się… właściwie to się nie zastanawiam, jestem pewny, że to do niczego dobrego nie prowadzi. Chyba że jesteśmy gdzieś na wierzchołku paraboli w stylu krzywej Laffera i od teraz postęp będzie wpływał na lepsze relacje, większe zaufanie do siebie, zdrowsze jedzenie (nie sądzę, obserwując zamieszanie z GMO), zdrowszy świat, różnorodność kulturową (nie gwarantowaną konstytucją, tylko realną), piękniejszą literaturę i muzykę, więcej czasu i swobody na to, co kochamy.

Niepotrzebny nam zawrotny postęp technologiczny, gospodarczy, medyczny czy rozwój czegokolwiek materialnego. Po co, ja się pytam? Czy istnieje punkt zadowolenia z materialnych rzeczy i postępu? To, czego tak naprawdę potrzebujemy, to zaniedbany od dawna postęp dusz.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Wierzchołki Rumunii

Ejże, piknikujmy!
Rumuni bardzo lubią piknikować, przy dowolnej okazji. Podróż samochodem to nie tylko przemieszczenie się z punktu A do punktu B z szybkim postojem na stacji benzynowej, żeby pasażerowie mogli uronić krople z baku i hamburgs w nędznym barze. Przy drodze sprzedaje się arbuzy, a skoro arbuz, to okazja żeby wysiąść i zrobić piknik. To nic, że kawałek dalej będą jeszcze melony - cała rodzinka radośnie zatrzyma się drugi raz, rozłoży koce i zacznie się spożywanie melonów. To zarówno doświadczenie Michała, którego spotkam pod Moldoveanu za kilka dni, jak i moje, gdy wchodzę w góry a droga nad górską rzeką pełna jest ognisk, grillów i namiotów. I ludzi patrzących na mnie jak na wariata, bo po co się pchać do góry, kiedy tu też można usmażyć mięsko, zjeść owoce, popić solidnie cujką a potem wrócić samochodem do domu.

Samobieżne osiołki
Pierwsze, co mnie zadziwiło w rumuńskich górach, to właśnie te szlachetne zwierzęta. Dogoniły mnie, kiedy wspinałem się na Curmătura Bratilei. Obracam się, a za mną trzy osiołki obarczone tobołkami, i idą. Nikt ich nie prowadzi, same wybierają znaczony czerwonymi trójkątami szlak. Właściwie robią to lepiej ode mnie, bo gdy pośród trawiastego przejścia gubię szlak, osły sprowadzają mnie na dobrą drogę. Są też wytrzymalsze ode mnie w podążaniu do góry z uporem, więc przepuszczam kolejne. Dopiero kilkaset metrów za nimi idzie pasterz. 


Jak okaże się w ciągu kilku następnych dni, to bardzo popularny sposób transportu dóbr z dolin w góry lub na ich drugą stronę... Pasterz i jego juczne osły przemierzający puste hale, to coś co daje posmak atmosfery miejsca.

Centrum NASA
Na przełęczy (to owa curmătura) natykam się na kosmiczną budowlę. Ni to bunkier, ni to stacja kosmiczna. Zamknięta podnoszonym do góry włazem, świeci pośród zielonych gór na czerwono-białą, kłując wręcz w oczy. Zostawiam plecak, sprawdzam środek. Dopiero w środku przypominam sobie, że Wielo kiedyś mówił mi, że na fogarskiej grani można napotkać tzw. refugios czyli schronienia dla wędrujących, i to właśnie jedno z nich.


To akurat najnowsze, postawione w przeciągu ostatnich dwóch lat. Mimo to już pasterze zdążyli je zniszczyć - wyciągnęli akumulatorki z panelu słonecznego, tak że w środku nie ma oświetlenia. Za to jest miejsce na około 10 osób spokojnie. 


Pod Moldoveanu spotkałem Cristi, rumuńskiego skauta, który uczestniczył w budowaniu tych nowych schronów i wiele mi o nich opowiedział. Ten konkretny stawiali w śniegu w październiku. Zaznaczył mi także wszystkie nowozbudowane  schrony, których oczywiście nie ma jeszcze na mapach. A na pewno nie na mojej Bel Alpin - której nie polecam komukolwiek wybierającemu się w góry. Poziomice co 200m to coś, co przyprawić człowieka może o szał, kiedy wchodzi i schodzi, a na mapie płasko...

Refugios przyjmują różną formę od kosmicznych półkul do zwykłych chatek. Są w różnym stanie, ale co 6-7 godzin wędrówki da się znaleźć miejsce, w którym można przeżyć spokojnie noc.



W tym pierwszym, metalowym pudełku, spotykam Teda i Yvette, przesympatycznych Anglików, z którymi postanawiam zostać na noc. Przy kawie, herbacie i długich rozmowach o Polsce i UK, a także o tym co warto i czego nie warto zobaczyć w Rumunii upływa nam wieczór.

Na bezwodziu i rak woda
Chwilę przed "pudełkiem" na Curmătura Zârnei mijam pojedynczego wędrowca o spierzchniętych wargach. Zmęczony przystaje, opiera się na kiju i z żałością w głosie pyta, czy gdzieś dalej będzie źródło wody. Jakiekolwiek. Jakiejkolwiek. Bo od rana idzie od Moldoveanu i nie ma nigdzie wody na grani... Na szczęście miał źródło przed sobą ok. 200m, także szybko się ze mną pożegnał.

Ted potwierdził te rewelacje. Wcześniej spotkali jakąś ekipę, która też szła cały dzień bez wody w piekielnym upale, jaki panował na grani. I gdy doszli do "pudełka" to pili wodę z wielkiej kałuży, przy któej widać było ślady owiec. Mnóstwa.

- Ale w tej wodzie są kijanki! - ze zgrozą zawołała do nich Yvette.

- Nie ważne. - odpowiedzieli, po czym łapczywie pili dalej.

Poniżej zdjęcie "wodopoju".


Wiemy, że kolejnego dnia trzeba będzie nabrać pełne baki, tylko skąd? Rano decyduję się zejść jakieś 300-400 metrów stromym stokiem w dół do wąskiego wąwozu, gdzie da się nabrać wody. Niestety powyżej, prawie u źródła stacjonują owce, więc wodę zasypujemy chlorowymi tabletkami. Smakuje jak basen, ale przynajmniej jest bezpiecznie.

O wschodzie słońca obserwuję pochód owiec na łąkę.



Instant fog
Fogarasze to przepiękne góry, teraz widzę to wędrując po grani. Widoki jak z Tatr, strome skaliste ściany, liczne jeziorka. Tylko że tutaj nie ma tłumów, kolejek na szlaku. Nie ma pielgrzymek w klapkach czy koników do Morskiego. Jest cisza i spokój, jest pustka jak okiem sięgnąć. Nad jeziorkami czy na grani można bez przeszkód biwakować, chodzić poza szlakiem (który notabene jest bardzo dobrze oznakowany, o to też zadbał Cristi). 







Regularnie łapie mnie zjawisko błyskawicznej chmury wyskakującej z doliny, co daje spektakularne rezultaty. Im bardziej zmienna pogoda, tym lepsze foty. Pół godziny i nic nie widać, i takie kilka godzin jest niemalże codziennie.





Piątka spod Moldoveanu
W blaszanym refugio pod Moldoveanu spotykam piątkę Rumunów. Cristi, którego wymieniłem już wcześniej, Laurę, Cristianę i Sylvii oraz Rudiego. Proponują, żebyśmy bez plecaków jeszcze wieczorem ruszyli na Moldoveanu, najwyższy szczyt Rumunii (2544 m. n.p.m.), mi to jak najbardziej w smak. Jest fragment z łańcuchami, ale nie sprawia problemów.





Sylvii, Laura, Rudi, Cristiana i moja skromna osoba. Fot. Tagu Wan

Wracając do blaszanki spotykamy trójkę nowych lokatorów.

- Hi, I'm Chris - jakoś łatwiej mi przedstawiać się angielskim odpowiednikiem.

- Hi, I'm Michał!

- Hmm... Poland?

- No przecież! 

(Dwóch pozostałych to Niemcy, którzy niezbyt mieli ochotę się integrować). Michał wędrował sam przez Wschód, tutaj trafił przez Ukrainę i Mołdawię. Dobrze było znów z kimś porozmawiać po polsku, ale jak się okaże wcale to nie takie rzadkie tutaj. Razem w siódemkę zasiedliśmy do kolacji, każdy wyciągnął co miał. Węgierska ostra pasta, papryczki pepperoni, pasztety. W koło w plastikowej butelce zaczęła krążyć cujka tudzież palinka, czyli wódka pędzona najczęściej ze śliwek. Każde gospodarstwo ma swoją recepturę na nią, także za każdym razem smakuje zupełnie inaczej. Natomiast wydaje się, że każdy tutaj ma gdzieś ukrytą plastikową półlitrówkę, w której zawsze jest cujka do podzielenia się.

Cristi proponuje, że skoro następnego dnia idziemy w tę samą stronę, to żebyśmy poszli razem. Ochoczo na to przystaję, bo zdążyliśmy się już polubić, zawsze weselej w kompanii. Ruszamy na wschód słońca na Moldoveanu, tym razem już z plecakami.




Papirosy
Palenie w Rumunii jest powszechne, knajpy, puby, ulice czy góry pełne są palaczy. Z ekipy rumuńskiej, z którą wędrowałem, wszyscy palili. Za to jako szanujący przyrodę nie wyrzucali petów gdzie popadnie, mieli na to ciekawy travellerski sposób.



Trzy kroki od śmierci
Przebijamy się do Lacul Capre, które znajduje się w pobliżu Szosy Transfogaraskiej. W międzyczasie nad Lacul Giurgiului mamy okazję uzupełnić wodę, umyć się i ugotować herbatę (moja o smaku grzanego wina robiła oszałamiającą karierę). Z przeciwnego stoku schodzi trójka turystów, jeden zakłada biało-czerwonego buffa na głowę. Swoi, wspólnie jemy chałwę. 

Szlak do Lacul Capre nosi nazwę "Three steps from death" jak tłumaczy mi Cristi. Z jednej strony przez kilka naprawdę niebezpiecznych momentów - szczególnie z plecakami - a z drugiej przez to, że kiedyś biegła tędy granica i do przekraczających ją nielegalnie strzelali żołnierze stacjonujący w tym rejonie.



fot. Tagu Wan

Poza pociętą o kable ręką nic złego jednak się nie dzieje.

W międzyczasie aktywnie z Laurą i Cristianą uczymy się języków. Niesamowitą radość sprawia im, gdy stopniowo do angielskiego zaczynam wplatać kolejne rumuńskie słowa, a one same największym uwielbieniem darzą "skrzypce". Językowa wymiana owocuje projektem wielojęzykowego słownika, który teraz będę uzupełniał i testował na kolejnym wyjeździe.

Szosa
Lacul Capre jest tuż przy Szosie Transfogaraskiej, więc jest też zatłoczone. Wygodna turystyka, bo wystarczy podjechać do Balea samochodem, godzinka w górę i już można biwakować nad pięknym jeziorkiem.




Do budowy Szosy zużyto swego czasu 6 milionów kilogramów dynamitu (!), ma niezliczoną liczbę zakrętów i najdłuższy tunel Rumunii (prawie 900m). W Sighişoara spotkałem kilku motocyklistów, którzy przyjechali tu z Polski tylko po to, żeby kilka razy wjechać i zjechać tą trasą, bo naprawdę robi wrażenie. Zresztą zjechaliśmy autostopem w dół z Rumunem i Belgiem, którzy przyjechali tu też tylko na rowery. W górę i w dół.



Stolica kultury
Trudno przychodzi mi rozstać się z nowymi znajomymi z Rumunii, ale taki tryb podróżowania z tym się nierozerwalnie wiąże. Cristi proponuje, żebym przyjechał na obóz skautowy, ale niestety mi to nie po drodze. Zjeżdżam do Sibiu, przepięknego miasta, które w 2007 było europejską stolicą kultury.



Niesamowite bramy, podwórka i patio. Zostawiam plecak w hostelu i ruszam z aparatem na miasto.Tuż koło Mostu Kłamców spotykam zupełnie nieoczekiwanie jeszcze raz Laurę i Rudiego, którzy przez Sibiu wracają do rodzinnej Sighişoary. 








Dom w Cînaia
Na południowy-zachód od Sibiu ciągnie się pasmo Munții Cindrell, które chcę przejść aż do Szosy Transalpina. Tutaj słowo o dostępności map gór w Rumunii - jest losowa. Naprawdę ciężko o dobrą mapę, a w przypadku Cindrell o mapę jakąkolwiek. Ruszam ze schematyczną mapką województwa Sibiu, licząc, że znajdę coś w kurortach w górach. Nie znajduję nic oprócz zdjęcia planszy  z narysowanymi szlakami, ale się nie zniechęcam i ruszam dobrze znakowaną trasą. Gdziekolwiek dojdę na wschód będzie Transalpina.

Nadchodzi wieczór, zbierają się deszczowe chmury. Robi się ciemno, ptaki się pochowały i tylko wiatr i cisza mi towarzyszą w tych ostatnich godzinach. Pochodzi błyskawiczna mgła. Wcześniej kilka razy strachu napędziły mi sfory psów pasterskich - po kilka-kilkanaście agresywnych psów, które opadają cię ze wszystkich stron kołem. Są tylko na odległość kija lub gazu pieprzowego, trzymanego kurczowo w ręce. Ujadają i kłapią zębami, czekając tylko na chwilę nieuwagi. A ty tylko czekasz, aż pasterz usłyszy swoje psy i zejdzie do ciebie, co czasem trwa i piętnaście minut. Pasterze twierdzą, że psy nic nie zrobią, nie zaatakują bez rozkazu... ale to nie uspokaja, kiedy kolejny raz widzisz biegnące pędem w twoją stronę ujadające psy.

Napieram, żeby dojść na nocleg w Refugio Cînaia, kiedy jednak tam dochodzę o zmroku, zastaję coś zupełnie innego niż blaszanki czy stacje kosmiczne. Wita mnie ponura, drewniana chata, strasząca otworami okien. Szczególnie po doświadczeniach z psami chata robi złowrogie wrażenie. Gdzieś u góry we mgle słychać ujadanie psów.



Kiedy jednak spędzam noc w chacie, klątwa zostaje odczyniona. W porannym słońcu dom prezentuje się przyjaźnie. W środku mam do dyspozycji pryczę na około 6 osób, stolik, piec opalany drewnem. Są też zapasy pościeli, ale jakoś jej nie ufam. 




Przed domem wybija źródło, gotuję sobie ciepły posiłek. Robię pranie, czytam książkę kupioną jeszcze w Krakowie. Za chwilę w ruch idzie harmonijka, towarzysząca ptakom które już powróciły do Cindrell. Wygrzewam się w słońcu i nie mam zamiaru nigdzie się ruszać, jest sielankowo. Gdy tak siedzę przy stole przed domem, to czuję, że mógłbym zamieszkać w takiej chatce. Przynajmniej jakiś czas, tak po prostu. Rąbać drwa na opał, czytać i pisać, jeszcze przytransportować z dołu gitarę. Schodzić do wioski po świeże pieczywo, zapasy warzyw. Wieczorami obowiązkowe ognisko. Sielanka.

Ekspres powrotny
Streszczam relację, bo właściwie to jutro znowu wyjeżdżam i nie będzie jak tego wszystkiego opisać. W Alba Iulia spędzam kilka godzin. Ładne, ale całkowicie puste centrum, robi raczej przygnębiające wrażenie.



W Cluj-Napoca spędzam kilka godzin od 22 do 2 rano, między pociągami. Miasteczko studenckie, żyje i w wakacje i to do późnych godzin (lub wczesnych, jak kto woli). Momentalnie poznaję tam Matyasa z Francji, z którym wypadamy do pubu poznać jeszcze więcej ludzi.

Oradea to ekspres w godzinach porannych - od wschodu słońca do bodajże 10 rano, potem stopem na Węgry... gdzie panuje nieopisany burdel. A raczej opisany, ale to jeszcze w jednej notce. 

FOTKI

niedziela, 12 sierpnia 2012

Dejani i Hurez

Siedzę na zimnych kamieniach ganku kuchni prawosławnego monasteru Dejani. W pomieszczeniach za moimi plecami krzątają się dwie kobiety, na co dzień zajmujące się bytem mnichów. Sprzątają po kolacji, dlatego nie zapraszają do środka, ale nie przeszkadza mi to, wieczór jest ciepły, a ja mam widok na cerkiew oświetloną tylko pojedynczymi lampami, z rozgwieżdżonym niebem ponad nią. Powietrze przesycone jest dobiegającym z cerkwi męskim śpiewem, pojedynczym głosem i odpowiadającym mu chóralnym zaśpiewem zakonników.

Jedna z kobiet przynosi mi chodniczek, na którym mogę usiąść na ganku. Za chwilę wychodzi jeszcze raz i z uśmiechem podaje mi zawinięte w serwetkę ciasto ze słodkim twarogiem oraz kubek zsiadłego mleka. Tak zsiadłego, że właściwie jest to kilka osobnych bryłek w jednym kubku. Dziękuję w kilku niezdarnie wymawianych rumuńskich słowach. Wraz z pierwszymi okruszkami ciasta nadciągają klasztorne koty, trochę z nieufnością, a trochę z łakomstwem patrzące na mnie i na mój posiłek. Rzucam im kawałek ciasta i daję kawałek - bo tak trzeba to opisać - mleka. Naturalna kolej rzeczy, przepływ.

Wieczorna liturgia trwa długo, ale nigdzie mi się nie spieszy. Czas niesamowicie zwolnił po zgiełku Braşova, po ludziach w hostelu, z którymi nie mogłem znaleźć wspólnego języka. Mimo, że potrafili bezbłędnie angielski, to jakoś więcej wspólnych tematów widzę w oczach podającej mi kolejny kawałek ciasta kobiety z klasztoru. Wymieniamy się tylko kilkoma słowami, próbuję ze znanych mi pojedynczych rzeczowników w rumuńskim, gestów i intonacji złożyć jakąś opowieść, przekazać coś o sobie, zapytać i dowiedzieć się czegoś o niej, klasztorze, dalszej drodze w górach. Zrozumienie każdego pojedynczego zdania przychodzi z ogromnym zadowoleniem, a przecież to są takie proste sprawy, w polskim czy angielskim załatwiane niezauważalnie...

Atmosfera wieczornego monasteru to spokój. Poszukiwanie sensu, zrozumienia, w nieco inny sposób, zakonnicy nie muszą się martwić gdzie będą spać każdego kolejnego dnia, co będą jeść, nie zastanawiają się jak dostać się w kolejne miejsce. Skupienie na jednym. I tak sobie przez moment myślę - po co ten zgiełk podróży, nowe miasto co 2-3 dni, każdy nocleg w innym miejscu, noszenie zapasów tylko na 1-2 dni, więc konieczność pamiętania o zakupach, o znalezieniu wody pitnej, sposobu na umycie, środka transportu do kolejnego miasta. Konieczność nauki nowego języka, nieznanej kultury, porozumienia z napotkanymi ludźmi. Czasem tyle tego, że tak naprawdę nie ma czasu pomyśleć, zastanowić się. 

Z drugiej strony, w podróży człowiek się zmienia bez udziału myślenia, serce samo rzeźbi się na nowy kształt dzięki ludziom, miejscom, sytuacjom w jakich się znajdujemy. W trakcie jakoś nie zastanawiam się po co, bo po prostu się przeżywa, nie ma czasu na overanalysing. Sens wtedy po prostu jest, nie ma powodu go szukać, kiedy się go przeżywa.

Na jedną noc od przełożonego monasteru dostaję celę. Wcześniej pada pytanie czy jestem katolikiem czy prawosławnym, przełożony słysząc, że połowa mojej rodziny jest prawosławna, kiwa ze zrozumieniem głową. O wschodzie opuszczam monaster Dejani, kierując się długim podejściem w Fogarasze. 


Prawosławie (gr. Orthodoxos), wydaje się być bardzo nieprzystępnym odłamem chrześcijaństwa, głównie przez język starocerkiewny, w którym odprawiane są liturgie. W Kościele rzymskokatolickim w XV wieku zaczęto odchodzić od liturgii wyłącznie w łacinie, w Cerkwi prawosławnej nadal dominuje starocerkiewny, ale np. w Białymstoku można podobno uczestniczyć w liturgii sprawowanej po polsku.

Śledząc różnice między prawosławiem a katolicyzmem zacząłem zauważać kilka spraw,, gdzie bliżej mi ideologicznie. Po pierwsze mimo budzącej złe skojarzenia nazwie "Orthodoxos" Cerkiew posiada znacznie mniej dogmatów, nie widząc potrzeby w obronie prawd póki nie są zagrożone. Wynika to też po części z odrzucenia wyższości jednego z biskupów nad wszystkimi innymi, czyli brak zwierzchności na wzór papieskiej. Konsekwencją jest brak nieomylności jednego ośrodka władzy duchownej w sprawach wiary. Struktura jest raczej wspólnotą wspólnot, a najwyższe prawdy ogłasza sobór, ale jest ich zdecydowanie mniej niż w Kościele rzymskokatolickim. Mimo potępienia aborcji i eutanazji to jednak Cerkiew prawosławna wydaje się mniej skłonna do wydawania jednoznacznych opinii w kwestiach etyki, pozostawiając część dylematów indywidualnemu rozstrzygnięciu (np. antykoncepcja). To wszystko podsumowuje opinia, jakoby Cerkiew była mniej jurydyczna w porównaniu do Kościoła rzymskokatolickiego, co miałoby mieć źródło w głęboko zakorzenionym prawie rzymskim na Zachodzie... Ech, historia i kultura, tyle jest do poznania jeszcze!


Do monasteru przywiozły mnie Diana i Stefani, matka i córka, które wzięły mnie na stopa z Hurez. Właściwie był już wieczór i miały opory, żeby zostawić mnie u progu Fogaraszy, wiec zaproponowały, że pojedziemy do monasteru i tam coś się znajdzie. Powiedziałem tak przygodzie i udało się, za co jestem im ogromnie wdzięczny. Kolejny raz się okazało, że trzeba być tylko otwartym na nowe.

Tak jakoś odwrotnie chronologicznie mi wychodzi, bo jeszcze o Hurez słów kilka. Zdecydowałem się iść z buta kilka kilometrów z Fagaraş, żeby jeszcze raz poczuć bliskość rumuńskiej wsi, jak kilka dni wcześniej na rowerach.





Zatrzymałem się pod sklepem, usiadłem na ławce. Obok mnie starszy Rumun w kapeluszu, on sączy swoje piwo, ja swoje. Dzień chyli się ku końcowi, słońce zaraz zacznie zachodzić. Zaczynamy rozmawiać, prostymi, niespiesznymi zdaniami. Między jednym a drugim upływa dłuższa chwila, łyk albo dwa. W tym czasie ze znanych mi słów sklecam odpowiedzi na jego pytania, konstruuję swoje. Do sklepu przychodzi matka z dziećmi, też udaje mi się nawiązać z nimi nić porozumienia. Tak popołudnie mija pod wioskowym sklepem w Hurez, a ja wiem i rozumiem coraz więcej. Jakby przeciągając ten czas, zanim wejdę w góry, przesiąkam atmosferą Hurez i ten moment pozostaje dla mnie jako jedno z najbardziej magicznych doświadczeń Rumunii.









czwartek, 9 sierpnia 2012

Przez Transylwanię

Kilka słów o specyfice rumuńskich miast. W całym kraju mieszka 20 mln ludzi, z czego prawie 2 mln w Bukareszcie (więcej niż w Wawie). Procentowo też sporo, patrząc chociażby na proporcję ludności Polski do ludności Warszawy. Z kolei następne miasto po dwumilionowym Bukareszcie, Timişoara, to już tylko lekko ponad 300 tys., czyli takie nasze Katowice/Białystok. Niezła dysproporcja, jakby wyrwało im wszystkie Gdański, Poznanie, Krakowy i Wrocławy. Ot, luka miejska.

Ja na początek trafiłem do "targowiska w Mure
ş". bo tak tłumaczy się nazwę Târgu Mureş (150 tys.). 



Od razu w oczy rzuca się dominująca pozycja prawosławia i wielość cerkwi, za to katolickie kościoły zepchnięte na bok - aczkolwiek też liczne.




Rzuca się w oczy także fakt, z którego Rumuni wydają się być bardzo dumni i bardzo go podkreślać (przynajmniej w oficjalnej linii), czyli pochodzenie od Rzymian. Przez nasze "u" w nazwie tego kraju to umyka, ale zarówno korzenie języka jak i kultury są stricte romańskie, co na każdym głównym placu podkreśla wilczyca z Remusem i Romulusem.




Co do języka, to również ciekawa sprawa. Poruszając się po miastach ze znajomością angielskiego i szczątków hiszpańskiego właściwie byłem w stanie zrozumieć większość tego, co potrzebowałem, tak że rozmówki rzadko wychodziły z kieszeni plecaka. Rumuński podobno jest - spośród "żywych" języków - najbliższy oryginalnej łaciny. Za to, z racji położenia kraju, rumuński wydaje się mieć naleciałości rosyjskie ("da" = "tak"), co dodatkowo potwierdza fakt, że do połowy XIX wieku posługiwano się cyrylicą. Ot, misz masz w kotle kulturowym - język romański zapisywany cyrylicą, na zachodzie węgierski niepodobny do niczego, a dookoła języki słowiańskie także z ich cyrylicami (serbski, bułgarski, ukraiński). 

Zamieszanie kulturowe odzwierciedla też fakt, że prawie połowa mieszkańców Târgu Mure
ş to Węgrzy, a przewaga w liczbie Rumunów rozpoczęła się bodajże gdzieś w okolicach roku 2000... Biorąc pod uwagę, że miasto właściwie znajduje się w centrum Rumunii, to wyjawia się coraz ciekawszy obraz kraju. Co by jeszcze trochę namieszać to dodam, że niepodległość Rumunia uzyskała w XIX wieku od Imperium Osmańskiego.

Târgu Mure
ş śmigam do Sighişoary. Ledwo wysiadam z busa, patrzę na miasto i wiem, że zostanę tu dłużej. Niesamowicie urzekające, czego żadne zdjęcia nie oddadzą.











Tutaj znajduje ciąg dalszy zamieszanie kulturowe. W XII wieku władca węgierski, który rządził tymi ziemiami, sprowadził osadników niemieckich, którzy mieli strzec granic jego królestwa. Tak więc w architekturze widać kolejne wpływy, a najwyżej położonym punktem miasta jest kościół, do którego prowadzą długie zadaszone schody, z towarzyszącym mu cmentarzem niemieckich mieszkańców.








Sighi
şoara to także początek wampirzego szlaku Draculi. Przyszedł tu na świat Wład Palownik, syn Włada II, zwanego Diabłem. Przy katedrze stoi znamienny pomnik, a zaraz dalej zaczynają się tematyczne restauracje, stoiska z koszulkami itp.



Kładąc się spać słyszę na polu namiotowym rozmowę po polsku, tak poznaję Anię i Martę, które przyjechały tu z Warszawy. Wybierają się kolejnego dnia na rowery i zapraszają mnie, żebym do nich dołączył, z czego bardzo chętnie korzystam. 


Sighi
şoara jest niejako stolicą tego saskiego regionu i otoczona jest wieloma wioskami o zachowanej średniowiecznej zabudowie, gdzie co krok można spotkać kościoły obronne. Zarówno w moich, jak i dziewczyn planach było odwiedzenie Biertan, wioski, która w całości wpisana została na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, więc kierujemy się w jej stronę po drodze przejeżdżając przez kolejne wioski.


Kościół obronny w Seleuş

Takie rowerowe poznawanie kraju to zupełnie co innego niż dotychczas doświadczałem, jednak możliwość poruszania się poza głównymi drogami, po małych wioskach, a zarazem jednak z tempem solidniejszym niż piesza wędrówka, to kuszące - na przyszłość. Trzeba będzie się rozejrzeć za rowerem.



Ania i Marta z naszą maszynerią







Oprócz tego, że niesamowicie cieszyłem się ze spotkania dziewczyn i tego, że wybraliśmy się na rowery, to z Martą wiąże się niesamowity zbieg okoliczności. Kiedy wjechaliśmy na rynek w Mediaş zauważyła, że rynek ten bardzo podobny jest do rynku w Krynkach... Halo, kto zna moje rodzinne Krynki ukryte pod białoruską granicą, 2,5 tys. mieszkańców? Na pytanie skąd, Marta odpowiada, że była tam w czerwcu. To ciekawe, bo ja też, a kiedy? W długi weekend z Bożym Ciałem. Ano ja też. Na co Marta: "a zaraz zaraz, czy my się nie spotkaliśmy na cmentarzu żydowskim, kiedy ostrzegałeś nas przed wysokimi pokrzywami?". I fakt, ścięło mnie z nóg, że widzieliśmy się w Krynkach a potem ponownie spotkaliśmy się w Sighişoara... 

Z Sighişoary wydostaję się pociągiem, bo taniej. Pociągi - czy to przez górzystość czy przez słabą sieć kolejową - na odcinku Sighişoara - Braşov jadą planowo 2 godziny, a bus 1:15. Planowo i tak ma się nijak, bo pociąg zanim ruszy stoi sobie 15 minut na stacji, a na docelową docieramy z opóźnieniem prawie półtorej godziny. Ale nikt sobie nic z tego nie robi, tak jakby nikt tu się do niczego nie spieszył.

W Braşovie niechętnie wykupuję pierwszy hostel i od tego momentu coraz mniej mi się te instytucje podobają. Jakoś nie mój klimat. Braşov właściwie nie zachwyca, nie zniechęca. Ot, sporsze miasto z głównym deptakiem, rynkiem, turystami. 






Z ciekawszych rzeczy o Braşovie można rzec, że w czasach komunistycznych rządóCeauşescu było to miasto poświęcone Stalinowi, jako i nasze Katowice. Przez dziesięć lat nosiło nazwę Oraşul Stalin ("Miasto Stalina"). Da się to odczuć, patrząc z głównej cytadeli (obecnie zamienionej w prywatny kompleks restauracyjny) - to raz na starą zabudowę, to raz na nowe dzieła architektury.



Po jednym dniu zwiedzania z plecakiem pełnym zapasów wreszcie kieruję się w stronę wyczekanych rumuńskich gór, które gdzieś tam cały czas na horyzoncie majaczyły - jak nie jedne, to drugie.


ZDJĘCIA