niedziela, 23 czerwca 2013

Półuczestnictwo

Wokół pachniało świeżo ściętą trawą, czerwiec. Właściwie to powinien być zapach majowy, ale wszystko w tym roku się jakoś pochrzaniło. Nie tylko z pogodą.

- Nie umiem uczestniczyć w tym świecie.

Jay albo czekał na jakąś kontynuację z mojej strony, albo - w charakterystyczny dla siebie sposób - po prostu nie spieszył się z odpowiedzią. Nigdy nie wiedziałem, ale nauczyłem się w rozmowach z nim dostosowywać do jego rytmu. Inaczej zmieniałem je w pospieszne i chaotyczne wylewanie własnych myśli, a do tego przecież nie była mi potrzebna druga osoba.

Nie umiem uczestniczyć w tym wszystkim, w tym w czym powinienem. W czym powinienem umieć, a na dodatek - albo przede wszystkim - powinienem chcieć. W terminach i deadline'ach, w organizowaniu, ba, układaniu sobie życia. Zawodowego, bo przecież trzeba. Prywatnego, bo też czas goni. W ustaleniach,w  zobowiązaniach, w powinnościach. W odpowiednim zachowaniu, tak jak wypada. Nie wiem jak wypada. W jakiś ułomny, patologiczny sposób po prostu nie wiedziałem jak wziąć udział w całej tej grze. Zwanej życiem. Ha, odkrywcze porównanie, nie ma co.

Odwrócił wzrok dotychczas utkwiony w przelatujący bezgłośnie samolot, zostawiający za sobą smugę dymu. Spojrzał na mnie i wiedziałem, że wiedział. Usłyszał to wszystko, co przed chwilą myślałem, zresztą słyszał to już wcześniej. Jay jak nikt inny umiał wsłuchiwać się w życia innych między padającymi z ich ust słowami.

- I nie umiesz się z niego wyłączyć.

Miał rację. To jeszcze jedna rzecz o Jay'u. Miał rację zdecydowanie zbyt często. Bo to, co uświadamiał, zwykle sprawiało, że człowiek chciał się pochlastać jeszcze bardziej. Ale bezlitośnie nie zwracał na to uwagi, jak maszyna zwracająca po prostu prawidłowy wynik. Wydruk losu z loterii, który mówi "Nie wygrałeś". Bez przepraszam, bez słowa wyjaśnienia dlaczego. Tak jest.

- To gdzie w takim razie jestem? Nie umiem uczestniczyć w świecie, nie umiem się z niego wyłączyć. Co mi zostaje? Jakieś marne półuczestnictwo w tym wszystkim? Kulawe branie udziału w życiu, nigdy nie dochodząc do pełnoprawnego członkostwa? Miotanie się od jednego końca do drugiego, jak człowiek zamknięty w ciasnym pokoju, nie mogąc wyjść ani przez jedne, ani przez drugie drzwi?

Jednak myliłem się. Nie potrafiłem dostosować się do jego rytmu.

- Półuczestnictwo... Problem polega na tym, że   c h c e s z   uczestniczyć w tym świecie. - podniósł się z ziemi i usiadł ze mną na ławce.- Frustracja rodzi się, kiedy czegoś chcesz, a nie potrafisz.

- To nie jest tak, że chcę. Po prostu muszę, nie da się inaczej. Nie da się wyłączyć tak po prostu z systemu podatkowego, z obrotu pieniędzmi. Trzeba jakoś zarabiać, a więc trzeba mieć pracę. Jak inaczej? A mieszkanie? Gdzie mam mieszkać? Nie da się tak po prostu wyoutować z tego świata, trzeba w nim uczestniczyć i trzeba się tego nauczyć.

Widziałem, jak niewygodnie mu na ławce. Zawsze o wiele bardziej wolał siedzieć na ziemi, nawet na chodniku. Wreszcie prawie się położył na oparciu.

- Trzeba uczestniczyć w   t y m   świecie?

W tej chwili zdałem sobie sprawę, jak tak naprawdę mało wiem o Jay'u.

czwartek, 20 czerwca 2013

Znów przycinek



Nawet nie zauważyłem, kiedy w moim życiu zaroiło się od znaków przestankowych. Nadciągnęły niepostrzeżenie, po kilka-kilkanaście naraz, ale każdy ściągał zaraz za sobą kolejne. Jak nielegalni imigranci przygotowujący miejsce dla reszty swojej rodziny w nowym kraju. Z tym, że byłem święcie przekonany, że moi imigranci przybywali z Zachodu.

Człowiek zauważa, że w pewnym momencie zaczyna się budzić rano od razu z wykrzyknikami w myślach. Kilka wykrzykników jednocześnie, jeden zupełnie inny od drugiego, ale razem tworzyły chaotyczną, przyprawiającą o mdłości bandę. Poranek nie jest stworzony do wykrzykników, a one wdzierały się w jego świętość z pełnym zdecydowaniem i jakąś barbarzyńską żądzą zniszczenia jego sacrum.

Ale nie chodzi tylko o wykrzykniki. Zauważyłem, że zacząłem coraz bardziej żyć po przecinku. Taką zmianę się zauważa jeśli wcześniej żyło się pełnymi zdaniami, bogatą formą, a nagle, zupełnie znikąd, zostajemy z życiem poszatkowanym na małe podzdania, fragmenty, aż wreszcie strzępy. Jednocześnie zdania zaczęły być coraz dłuższe, kluczące, skaczące po tematach. Z niemożnością postawienia kropki, zamiast której wcinał się kolejny i kolejny przecinek. Jak niekończąca się wyliczanka na placu zabaw – w oczekiwaniu na wybór berka dzieci stają się znudzone, dorośleją, starzeją się aż wreszcie umierają. Tak czułem się z moimi przecinkami, pośrodku placu moich spraw.

Jeszcze gorsze były średniki, które pojawiły się jakiś czas po przecinkach. One pozostawiały niedokończoną pewną myśl, a zaraz za sobą rozpoczynały kolejną zupełnie z nimi niezwiązaną. Średniki to chaos, chaos w czystej postaci. O tyle podstępny, że jeszcze stara się udawać porządek i pewną strukturę, ale to tylko wybieg. Potrafią zmieniać kierunek myśli kilkukrotnie w trakcie jednego zdania, wcale go nie kończąc, aż wreszcie mózg zapomina co było na początku, w środku, zostaje tylko koniec… i powrót do zapomnianej i niedokończonej myśli, którą zdanie się zaczęło.

O właśnie, wielokropki. W hierarchii moich przestankowych wrogów były zdecydowanie najgorszymi. Najbardziej wdzierały się w całą strukturę zdań, przerywając je w zupełnie niespodziewanych miejscach. Czasem wtedy, kiedy zaczynała się najlepsza zabawa, wielokropek kończył ją swoją arbitralną interwencją, wyglądającą pozornie jak niezdecydowanie. Z czasem zaczął próbować nawet w pół słowa…

Znaki rozmnożyły się jak zaraza, każąc budować karkołomne konstrukcje, epatujące formą i złożoną strukturą, ale nie pozwalające skoncentrować się na treści. Wzięły treść za wroga, zresztą ich walka jest odwieczna. Proste zdania nie potrzebują wielu znaków. Są im zbędne, bo w kilku słowach wyrażają istotę przekazu. Ale nie jest tak prosto pozbyć się nadmiaru znaków, kiedy już wedrą się z całym zdecydowaniem w życie, kiedy przespało się moment diametralnej zmiany konstrukcji zdań. 

środa, 5 czerwca 2013

Zakazy nie uczą


Zakazy nie uczą. Czego nie uczą - dokonywania wyboru, nie uczą myślenia, nie uczą charakteru. Bo o ile łatwiej karnie i posłusznie zatrzymać się przed zakazaną granicą, niż pomyśleć i dokonać własnej oceny czy warto ją przekraczać czy nie. Czy warto - ale ze względu na same konsekwencje czynu, a nie potencjalną karę.

Przed przekraczaniem ulicy na czerwonym świetle nie powstrzymuje groźba wpadnięcia pod samochód - bo taka groźba powstrzymuje  w ten sam sposób przed przechodzeniem w innej sytuacji, gdy jest to prawdopodobne - znajdują się i tacy, co przebiegają na ostrym zakręcie w godzinach szczytu tak czy siak. Jednak czerwone światło w środku nocy, gdy nic nie jedzie w odległości 300 metrów to osobna sytuacja. Zagrożenia nie ma (gdyby coś miało w ciągu 3 sekund się pojawić i cię zabić musiałoby pędzić 360 km/h), co więc powstrzymać ma nas przed przejściem? Konsekwencja złamania prawa - a z doświadczenia wiem, że w niektórych miejscach i o 2-giej w nocy można dostać mandat za przechodzenie na czerwonym. Bzdura.

autor: M. Raczkowski

Dochodzi do absurdów, gdy konsekwencje złamania zakazu są gorsze niż dokonania czynu. Motywacją zostaje strach, nie myślenie.


W sytuacji kiedy prawa do których się stosowaliśmy dotychczas znikają, część osób nie wie jak się zachować. Dotychczas mieli jasno powiedziane jakie są reguły gry, jakie są ich obowiązki i uprawnienia, jaka jest procedura postępowania. A tu nagle znikają - jak się odnaleźć? Nawet wracając do nieszczęsnego przykładu z przechodzeniem przez jezdnię, chwilę mi zajęło zanim nauczyłem się w Albanii wymuszać zatrzymanie się samochodów - przejścia dla pieszych nie działają, świateł nie ma prawie w ogóle. Nie chcę sobie nawet wyobrażać jak ciężko byłoby mi się nauczyć tam jeździć - a jednak ludzie jeżdżą i jakoś sobie radzą. Nie sposób porównać danych o wypadkowości ze względu na stan dróg, zagęszczenie samochodów i warunki atmosferyczne, także nie wiem który stajl jest lepszy.

Permanentne zakazy i stosowanie się do nich oddziela nas od "szczepionek". Szczepionek myślenia i odpowiedzialności za swoje decyzje. Oddziela nas od uczenia się umiaru, znajdowania złotego środka. A po zdjęciu zakazu może nastąpić efekt zachłyśnięcia się nowością - od skrajności w skrajność. Tutaj piję np. do przykładu z harcerstwa, gdzie mamy (przynajmniej w teorii) zakaz picia alkoholu (m.in.). Nie jestem do końca przekonany czy takie zerojedynkowe stawianie sprawy to najlepsze wyjście. Dla mnie nie było żadną trudnością stosować się do tego zakazu przez 25 lat życia - ot, nie skoro takie jest Prawo i złożone Przyrzeczenie, to nie robię tego i tyle. Trudność zaczyna się, kiedy nie ma jasno powiedziane, że nie można. Albo że "należy, powinno się". Trzeba samemu zdecydować ile można, kiedy można. Szkoła myślenia, szkoła woli.

Prawdziwą trudnością jest znaleźć się bez nakazów, zakazów i zasad sformułowanych przez mądre głowy. I umieć sobie poradzić własnym rozsądkiem.


PS. A słoń bo słoń.

piątek, 31 maja 2013

Dlaczego społeczeństwo nie może być szczęśliwe


Pamiętał doskonale swój referat sprzed dziesięciu lat, gdy jeszcze studiował makroekonomię. Samo uzasadnienie wydawało się na ten dzień jak najbardziej prawdziwe, zresztą wydarzenia, które po nim nastąpiły potwierdziły większość argumentów. Jednak główna teza wcale nie napawała go optymizmem - mimo wysokiej oceny końcowej z przedmiotu.

- System ekonomiczny zawaliłby się, gdybyśmy doprowadzili do stanu, gdzie społeczeństwo jest szczęśliwe. Całość gospodarki opiera się na niezaspokojonych potrzebach, to one stanowią bodziec do zakupów i konsumpcji, a przez to do pracy zawodowej. Brak motoru napędowego w postaci niezadowolenia ze stanu obecnego byłby prętem wsadzonym między tryby działającej dotychczas machiny.

Potrzeby, które napędzają ekonomię, nie muszą być prawdziwe. Wręcz przeciwnie - te prawdziwe, podstawowe, jesteśmy w stanie zaspokoić niewielkim nakładem pracy. Niezbędne jest więc wygenerowanie potrzeb dalszego rzędu, problemów bardziej abstrakcyjnych niż podstawy egzystencji. Potrzebne nam są niezaspokojone ambicje, niskie poczucie własnej wartości, brak akceptacji społecznej, wysokie i niedoścignione wzorce zamożności, powodzenia czy rozrywki. Potrzebny jest wzorzec ekscesywnej konsumpcji postawiony jako standard "normalności". Potrzebny jest wzorzec bogatych jednostek postawiony na piedestale, do których statusu uboższa jednostka będzie dążyć, w nadziei, że to rozwiąże jej problemy wewnętrzne i poczucie braku szczęścia i zadowolenia z życia.

Jednym słowem - aby gospodarka mogła działać, społeczeństwo musi być stale niezadowolone ze stanu posiadania i stopy życiowej.

Wyobraźmy sobie sytuację, gdzie każdy uczestnik rynku jest usatysfakcjonowany minimalnym zaspokojeniem potrzeb podstawowych. Ma niewielki dom, w zupełności wystarczający do mieszkania. Nie głoduje, ma co włożyć na siebie. Ma podstawowe przedmioty zapewniające mu w miarę komfortowe życie. Ma czas, który spędza z rodziną i bliskimi. Ma niewielki fundusz na czarną godzinę - w razie choroby.

Można powiedzieć, że część uczestników rynku jest na tym poziomie. Oczywiście, ale załóżmy, że jest na nim  k a ż d y. Zarówno szeregowy pracownik, kierownik, dyrektor jak i właściciel wielkiej korporacji. Nikt nie ma większych potrzeb finansowych niż ten poziom. Gdzie w takim razie trafia nadwyżka pieniędzy? Jak jest dystrybuowana?

A może jej nie ma, ponieważ nie ma potrzeby produkowania dóbr luksusowych? Nie ma potrzeby posiadania więcej niż inni, ponieważ każdy jest szczęśliwy i nie musi podbudowywać swojego ego posiadaniem drogiego zegarka, ogromnej willi czy złotego samochodu.

Po drodze z gospodarki odpada marketing. W końcu jako dziedzina bazuje na niezaspokojonych potrzebach - uświadomionych bądź nie. Jak można komuś sprzedać lepszy styl życia, skoro jest usatysfakcjonowany z obecnego?

But if less is more, how you're keeping score?
- Eddie Vedder, Society

Na czym w takim razie koncentruje się życie, jeśli nie na dążeniu do jego polepszenia? Co z postępem, co z badaniami? Przecież jeśli jesteśmy zadowoleni z życia po co nowe wynalazki? Czy ktoś jeszcze będzie chciał tworzyć coś, gdy zniknie motywacja finansowa i związana z nią obietnica luksusu i posiadania więcej niż się ma?

Załóżmy, że w kwestii konsumpcji ludzie poprzestają na racjonalnym poziomie. Ogólnie w takim razie poziom produkcji spada, ponieważ rynek konsumuje o wiele mniej. Rynek zbytu kurczy się drastycznie. Prowadzi to do oczywistych zwolnień. Setki milionów ludzi pozostają bez pracy - ponieważ nie są potrzebni z ekonomicznego punktu widzenia.

Nie są potrzebni...

Co ze sobą zrobią? Czy doprowadzi to z powrotem do nierówności, poczucia braku? Wrócimy do obecnej sytuacji, z rzeszą niezaspokojonych potrzeb osób bezrobotnych, tylko na niższym poziomie niż obecnie? Doprowadzimy po prostu do gigantycznej deflacji? Możemy to nazwać niewidzialną ręką rynku. Ja to nazywam błędnym kołem.

Dlatego właśnie społeczeństwo nie może być szczęśliwe - zapanowałby totalny chaos. Motywacja do działania musiałaby przybrać całkowicie inną formę. Musielibyśmy przybrać inną hierarchię wartości, sposób oceny, celów życiowych, wzajemnych relacji bez użycia siły pieniądza.

A całość świata, w jakim żyjemy, musiałaby ulec całkowitemu przedefiniowaniu i przeorganizowaniu - a na to nikt nie ma pomysłu.


Zarazem jednak uświadomiono sobie, że powszechny dostatek zagraża trwałości społeczeństw hierarchicznych; właściwie jest ich zgubą. W świecie, gdzie każdy pracuje krótko, ma pod dostatkiem żywności, mieszka w domku z bieżącą wodą, posiada lodówkę, samochód, a może nawet i awionetkę, znikają najbardziej rzucające się w oczy i najbardziej istotne przejawy nierówności. Powszechny dostatek oznacza zatarcie różnic. (...) Gdyby wszyscy byli jednakowo zamożni i dysponowali taką samą ilością wolnego czasu, ogromna masa ludzi dotychczas ogłupionych nędzą zdobyłaby wykształcenie i nauczyła się myśleć, a wówczas prędzej czy później zdałaby sobie sprawę, że uprzywilejowana mniejszość nie ma żadnej racji bytu i należy ją obalić. Społeczeństwo hierarchiczne musi opierać się na nędzy i ciemnocie, aby sprawnie funkcjonować.
- George Orwell, 1984

niedziela, 26 maja 2013

Zawsze coś

Jedno z trudniejszych pytań, na jakie obecnie napotykam stosunkowo często, to "A czym Ty się teraz właściwie zajmujesz?". Bo jak w skrócie opowiedzieć o 6 czy 7 źródłach zarobków (zaczynam od zarobków, bo właśnie to na ogół mają ludzie na myśli, zadając to pytanie)? Jak opowiedzieć o kilku projektach stworzeniowych, które mi się kołaczą po życiu w międzyczasie (bo to z kolei dla mnie ważniejsze niż większość projektów zarobkowych)?

Jeszcze ważniejsze - jak to sobie poukładać wszystko w głowie - prowadzenie szkoleń w dwóch obszarach, kampania marketingowa, biznesplan i organizacja nowego portalu, wnioski unijne, social media... Prowadzenie dwóch blogów (przymierzam się do przynajmniej jeszcze jednego projektu pisarskiego), fotografia, solowy projekt muzyczny jak i przeróżnej maści współprace... Nagle się robi tego masa, nie ze względu na zaangażowanie czasowe a mnogość i różnorodność tematów. Konieczność pamiętania i dbania o nie, nawet jeśli każdy z osobna nie zajmuje wiele czasu. Zawsze pozostaje coś do zrobienia, zawsze pozostaje jeszcze jedne niezrealizowany pomysł czy coś, co "można by ruszyć".

Są dwie drogi, którymi można pójść. I - w dłuższej perspektywie - jest zawsze czas żeby zmienić tę, którą wybrałeś (R. Plant).

Pierwsza droga to nauczyć się organizować. Robienie kolejnych list z rzeczami do zrobienia (sic!), używanie narzędzi monitorujących postępy, przypominaczy, planów i schematów dnia...


Może i efektywne, może pozwala zajmować się wieloma projektami naraz. Wymaga tylko pewnej dozy samodyscypliny, żeby się z narzędzi nie wyłamać, plany realizować, listy odhaczać. I żeby "myślały" i "pamiętały" one za nas, bo trzymanie zadań w umyśle i świadomość, że cały czas jeszcze coś mamy do zrobienia... to masakra. Zawsze pozostaje jeszcze coś do zrobienia, umysł jest nieoczyszczony i gdzie mamy miejsce na relaks, na odprężenie, na medytacyjną pustkę? Życie czeka dopiero na końcu listy?

Nic nie potrafi nadać naszemu życiu większej mocy niż skupienie wszystkich sił na ograniczonej liczbie celów.
- Nino Quebein 

Stąd wprost wynika druga droga: to uproszczenie. O wiele prościej zarządzać ograniczoną liczbą tematów - tak samo, jak prościej żonglować trzema piłeczkami niż pięcioma. Jasne, można nauczyć się i tego drugiego - ale to mamy powyżej.


I chodzi tu zarówno o rezygnację z tego, czego robić nie chcemy / nie musimy, jak i nawet o rezygnację z tego co chcemy, ale mniej niż pozostałe rzeczy. Szczególnie ważne dla ludzi o wielu zainteresowaniach i sporym pokładzie entuzjazmu do działania.

Chodzi też o nie akceptowanie kolejnych projektów / tematów w przyszłości. Najpierw uporządkowanie bieżączki, a potem ścisła selekcja za co się brać, a za co nie - i tutaj wchodzi prawdziwa sztuka. Sztuka wyboru.

Skoro wybór, to musi być jakieś kryterium. Skoro kryterium, to musi czemuś służyć - i tu już nasza w tym głowa, żeby dobrze odpowiedzieć sobie na pytanie "Kim mam zamiar być? Co chcę w życiu robić?" - ale nie odpowiadać sobie 20-toma rolami, jakie chcielibyśmy pełnić. 100-ma marzeniami. 45-ma cechami, jakie chcielibyśmy mieć czy zestawem 69-ciu umiejętności, jakie chcemy posiąść. Dużo. Dużo. Za dużo.

Chodzi o skupienie, w dzisiejszym przeładowanym informacjami i bodźcami świecie chodzi coraz bardziej o skupienie i o umiejętność odrzucania tego, czego nie chcemy albo na czym w tym momencie nie skupimy się z różnych powodów. Jedno słowo.

Jasny, prosty kierunek, nie wielowątkowość a jasna wytyczna. I podporządkowanie temu jednemu kierunkowi reszty aktywności, ról, umiejętności, marzeń. Jeden kierunek, jasny i przejrzysty. Jedno nadrzędne zdanie, określające mnie i leżące u podstawy.



Disclaimer:

To moja propozycja Drogi. Wiem, że są osoby które świetnie sobie radzą z systemami organizacji zadań, żonglowaniem projektami i przeróżnymi aktywnościami. Chwała im za to!

sobota, 4 maja 2013

Dobre, bez porównania

Czy przeciwieństwa mogą istnieć bez siebie nawzajem? Światło bez ciemności, dobro bez zła - że się tak banałem wyrażę. Przecież nawzajem się definiują i jedno jest po prostu brakiem drugiego, czyż nie?

Czy potrafimy funkcjonować bez porównań i takich kontrastów, tzn. być po prostu szczęśliwi non-stop? Bez czucia się nieszczęśliwym, smutnym i zgnębionym od czasu do czasu i dopiero wtedy doceniać jak dobrze było kiedyś. Bez przerwy widzieć jak wielkim cudem jest życie, nie dopiero w obliczu śmierci. Cały czas cieszyć się za fakt, że mamy wszystkie zmysły sprawne, nie tylko krótki czas po spotkaniu osoby niepełnosprawnej w tym czy innym względzie. Być zadowolonym z tego, co posiadamy, bez doświadczania groźby czy prawdziwej utraty. Cieszyć się ze zdrowia nie tylko leżąc złożonym chorobą.


To chyba recepta na prawdziwe szczęście – poradzić sobie z myśleniem kontrastowym i być w stanie spojrzeć obiektywnie w każdym momencie na to, co mamy w życiu.

Jak to zrobić? To chyba wyższy poziom świadomości… Nie dać się pokrętnej psychice, która ciągle chce więcej, lepiej, inaczej. Która nudzi się szybko – coraz szybciej w dzisiejszych czasach – mimo, że obiektywnie jest dobrze. Przyzwyczajamy się do stanu obecnego, przestając go doceniać i szukając jeszcze większej poprawy. Ciągła pogoń, zmiana. Nawet, gdy to, co już mamy, to ogromnie dużo – a przynajmniej wystarczająco.

Wiedząc, jak działa psychika i że nigdy nie jest zadowolona ze stanu obecnego a docenianie małych radości odchodzi szybko na bok, można np. wykształcić w sobie nawyk myślenia „pierwszy i ostatni”. Patrząc z perspektywy, że jest to pierwszy raz, kiedy patrzę na taką pogodę, i prawdopodobnie ostatni – inaczej oceniamy.

Inna droga to co pewien czas robić sobie obiektywny rachunek sumienia - jak wiele zdolności, możliwości, wspaniałych osób dookoła, niezbędnych środków do życia posiadam. I pozostawać jak najdłużej z tego świadomością i zadowoleniem z tego faktu.

Tylko jak zostać z takim spojrzeniem na świat na dłużej? Bez rachunków sumienia, bez wprowadzania swojej psychiki w błąd, po prostu oceniać bez kontrastu?

Jak stale pamiętać o tym, jak wiele mamy i doceniać to każdego dnia? Mam nadzieję, że jest droga poza myślenie kontrastowe i że uda mi się ją kiedyś znaleźć.


środa, 27 marca 2013

Cholerna szosa


- Człowiek czuje się prawdziwie samotny, kiedy ma coś takiego, czego nie powie nikomu. – powiedział w zamyśleniu, wychylając się przez barierkę. Wychylał się trochę za mocno, jak na mój gust, może po to, żeby zobaczyć fale rozbijające się na skałach pod nami. – Naprawdę nikomu, nawet rodzonej matce. Nawet najlepszemu przyjacielowi. Nikomu.

Mimo, że staliśmy w pełnym słońcu, w powietrzu ciężko wisiał żar jawnie szydzący z sąsiedztwa morza, po jego twarzy przemknął nieokreślony cień. Albo raczej Cień – swego czasu naczytałem się Le Guin i to porównanie wydawało się jak najbardziej na miejscu.

- Nosisz to w sercu, a dusza wyrywa się, żeby się z kimś tym podzielić. Ale wiesz, że to daremne. Że nikt nawet nie będzie chciał słuchać. Że nikt nawet nie będzie chciał zrozumieć. Bo to zbyt skomplikowane. Albo czujesz, że nie masz prawa kogoś bliskiego obarczyć takim ciężarem, ciężarem swoich myśli.  – wciąż wpatrywał się pusto w fale kilkanaście metrów pod nami. Mówił do mnie, ale też na wpół do siebie. – Wiesz, czujesz, że w tej jednej kwestii jesteś jedyną duszą w kosmosie.

Za naszymi plecami przejechał samochód, pierwszy od dwóch godzin. Drgnąłem, ale było już za późno żeby machać. Cholerna szosa, nigdy się stąd nie wydostaniemy.

Jay nadal był poza tą sytuacją. Zdawał się nie zauważać naszego beznadziejnego położenia, tkwiąc pośrodku własnego wywodu.

- I to dopiero jest prawdziwa samotność. Póki masz komu powiedzieć, nie jesteś sam.

- I jeszcze ta nadzieja. – po chwili wrócił do porzuconej myśli. – Kiedy kogoś spotykasz, że gdy otworzysz usta, to będziesz mógł powiedzieć. Że twoja dusza nie jest sama w tym pieprzonym kosmosie. Ale za każdym razem okazuje się, że jest. Umarła nadzieja za każdym razem przypomina o tym, jak bardzo samotny jesteś.

Z uwagą przejechał dłonią po metalu barierki. To znów powróciło go do tego realnego, materialnego świata, chociaż w tym momencie wydał mi się tu tylko gościem.

- A ty masz takie coś? – pytanie wydało mi się naturalną konsekwencją tego co mówił, ale w momencie, gdy je wymówiłem, zrozumiałem jak bardzo się myliłem.

- Tak, mam. – odwrócił się od morza i spojrzał pod nogi, na przybrudzony piachem plecak. Podniósł go i zarzucił sobie na ramię.

- Idziemy? Bo nigdy się stąd nie wydostaniemy. – ruszył wzdłuż pobocza. – Cholerna szosa.