poniedziałek, 26 listopada 2012

Manifest starego, zmęczonego człowiekiem

Gdy do idealizmu dołącza bezkompromisowość, to z ich romansu może urodzić się albo rewolucja, albo frustracja. Właściwie rewolucja zawsze przechodzi we frustrację, jak tylko pozjada własne dzieci (czyli wnuki tych poprzednich). Z tej sagi rodzinnej krystalizuje się gdzieś moje miejsce w światowej ideologii.

W istotność pieniądza i rachunek ekonomiczny nie wierzę. We władzę nie wierzę (władza korumpuje, władza absolutna…). W to, że prawo zapewni sprawiedliwość nie wierzę. W zmianę też nie wierzę? Każdy szczytny w założeniach ruch (hipisi, alterglobaliści, rastafarianie) po pewnym czasie się komercjalizuje i dewaluuje. Koszulki z Che są produkowane w sweatshopach i można je kupić w kopenhaskiej Christianie.
   
Nie jestem dobrym materiałem na mieszkańca tego świata

Ślizgamy się po powierzchni świata, nie dotykając istoty. Rozmawiamy około tematu, około sedna.

Coraz częściej czuję się jakby wszyscy wokół kłócili się o to, jaki kolor cyferek jest najlepszy, podczas gdy ja widzę błąd w równaniu. Albo zręczniejsze, zapożyczone porównanie:

We’re In a giant car heading toward a brick wall and everyone’s arguing over where they’re going to sit.
- David Suzuki

Na szczęście nie tylko ja widzę błąd w równaniu i nie jestem jedynym, który dostrzega ścianę.

Ulepszamy system ekonomiczny, ale nie zastanawiamy się czy pieniądz w ogóle jest potrzebny. Czy nie możemy się dzielić wszystkim ze sobą, tak jak uczymy nasze dzieci?

Udoskonalamy prawo. A przecież gdyby nie było pośród nas skurwysynów, to niepotrzebne byłoby prawo. Nie byłoby kogo pilnować.

Pracujemy nad demokratyzacją władzy. Nie zadając sobie pytania czy w ogóle potrzebujemy władzy nad sobą, czy potrzebujemy kogokolwiek pilnującego nas i zdolnego nam kazać robić „właściwą rzecz”. Jasne, jesteśmy omylni jako ludzie. Dlaczego więc wybieramy tak samo omylnych ludzi do władz?

Organizujemy sprawniejsze wojsko. Żeby bronić się przed samymi sobą? Bo przecież gdyby nikt nie atakował, nikt nie musiałby się bronić.

Napędzamy postęp technologiczny, rzadko zastanawiając się czy rzeczywiście zwiększa on nasze szczęście tak bardzo, jak śmie twierdzić.

Sabo, nie idź tą drogą!

Mam pełną świadomość, że porządek świata, w jaki wierzę, jest nie do osiągnięcia - na pewno nie w ciągu najbliższych 500 lat, a może w ogóle?

Nie polecam nikomu. Wiara w ideały, szczególnie te nieosiągalne, to ciężki kawałek chleba. Wiara, że powinno być tak, jak zupełnie nie jest, to frustracja. Czy to oznacza, że powinienem odpuścić? Zejść z obłoków na ziemię i pogodzić się z faktem, że się nie da? Powinienem rozmienić ideały na drobne, może bardziej realne?

Nie wiem, czy potrafię. To trochę jak z miłością. Nie da się racjonalnie przetłumaczyć i wytłumaczyć, po prostu się czuje i wie się, że tak a nie inaczej. Wiara na poziomie uczuć. Na poziomie serca.

Może się mylę. Może oszalałem. Może żyję bajką. Może nigdy nie będzie tak, jakbym chciał. Może straciłem kontakt z rzeczywistością. Może nie umiem zauważyć najprostszych rzeczy. Może dałem się zmanipulować. Może kompletnie błądzę. Może tracę czas.

Ale wierzę w to, że to serce jest odpowiedzią. I nie chcę zmieniać ideałów na mniej idealne… tylko dlatego że te są nieosiągalne.

sobota, 24 listopada 2012

Patriotyczmnie

Ojczyznę kochać trzeba i szanować
Nie deptać flagi i nie pluć na godło
- T. Love, Wychowanie

Urodziłem się N: 52° 10' 26"  E: 18° 51' 9". Przez to jestem Gdańszczaninem? Rodzice urodzili się na Podlasiu, więc prawem krwi moją małą ojczyzną jest Podlasie... czy Pomorze? Polakiem jestem z krwi, z miejsca urodzenia, z paszportu? Z miejsca lub kultury wychowania? Czy przez świadomy wybór? Jestem Słowianinem, mieszkańcem kontynentu, albo może całego świata? Może Jaćwingiem, Polaninem czy Dregowiczem? Jak daleko powinienem szukać wstecz w poszukiwaniu narodowości „z krwi i dziedzictwa, z dziada pradziada”? Co, jeśli gdzieś napotkam na domieszki innych narodowości?

I wreszcie - interes której grupy powinien mi leżeć najbardziej na sercu? Co, jeśli to, co dobre dla świata nie będzie dobre dla Polski? Co, jeśli to, co dobre dla Gdańska, nie będzie dobre dla Europy? Co, jeśli to, co dobre dla Pomorza, nie będzie dobre dla mojej rodziny?

Podzielmy się ze sobą

Podział na jakiekolwiek grupy, w tym oczywiście wg narodowości, prowadzi do konfliktów. Momentalnie występuje zjawisko stronniczości grupy własnej – wyżej oceniamy członków własnej grupy, wykazujemy do nich wyższą lojalność, zaufanie, życzliwość. Nawet, jeśli kryteria podziału były zupełnie sztuczne (eksperyment Henri Tajfela, gdzie studenci przydzielali więcej pieniędzy za udział w takim samym badaniu członkom własnej grupy – tu opis). Dalej zachodzi mechanizm jednorodności grupy obcej – „wszyscy Niemcy”, „wszyscy Rosjanie”. Generalizacja i stereotypizacja myślenia, mimo, że są to wszystko osobne jednostki (eksperyment Quattrone, Jones z 1980: studenci uogólniali opinie poszczególnych studentów drugiego uniwersytetu na całą grupę – „Oni myślą tak…”). Stąd uprzedzenia, upraszczanie myślenia jeśli słyszymy „Włoch, Rumun, Niemka, Ukrainka, Szwed, Amerykanin, Bułgarka, Rosjanka”. Czy to samo przychodzi do głowy przy każdym z tych słów, czy pojawiają się opinie bazujące tylko na narodowości?

Wreszcie w eksperymencie Muzafera Sherifa z 1960 podobni do siebie chłopcy losowo zostali podzieleni na dwa obozy skautowe. Na początku nic o sobie nie wiedzieli, szybko wykształciło się pojęcie "my". Kiedy jednak dowiedzieli się o drugim obozie a także mieli rywalizować o puchary i atrakcyjne noże, to stopniowo zaczęli się nawzajem nienawidzić, tworząc kategorię "oni". 

Zwalali pomniki i rwali bruk - Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz najgorszy wróg! A śpiewak także był sam

Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg...

- Jacek Kaczmarski, Mury

Może ktoś jest odporny na te mechanizmy i może silnie przynależeć do jednej ograniczonej grupy (narodowość, przekonania polityczne, miejsce zamieszkania, ulubiony klub piłkarski) i nie ulegać uprzedzeniom względem drugiej. Ja nie jestem wystarczająco silny, więc wolę myśleć, że wszyscy jesteśmy po prostu mieszkańcami Ziemi, wtedy psychika się nie wtrąca aż tak bardzo.

Krwią zlani

Kraje i narody walczyły na przestrzeni wieków o swoje interesy. Krew przelana w obronie Polski, krew przelana w ataku Polski na inne kraje. Nie ma narodu nie splamionego zabijaniem innych w imię tego, co jest 'jego' – ziemia, posiadłości, złoto, przewaga polityczna, dominacja jednej kultury nad drugą. 

Większość patriotów to ludzie, którzy walczyli w obronie wolności, ginęli bohaterską śmiercią w powstaniach. Mam do nich ogromny szacunek i ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to ich zdyskredytować. Będąc ostatnio w Muzeum Powstania Warszawskiego miałem przez cały czas łzy w oczach.

Ale nie chciałbym, żeby patrioci rodzili się głównie z wojen, a tym naznaczone mamy nasze martyrologiczne losy. Zresztą patrząc przez hymny wielu państw – w założeniu najbardziej patriotyczne pieśni - dokładnie to się przewija. Walczcie, bijcie się, do upadłego. Czy nie pora pomyśleć o przewartościowaniu pojęcia miłości do kraju? Miłości do siebie nawzajem (bo przecież kraj to ludzie)? Żebyśmy nie uczyli się jak umierać dla siebie, ale żyć dla siebie? Jak nie istnieć w odróżnieniu od kogoś, nie od obrony przed kimś i walki ze sobą nawzajem, ale we wspólnym tworzeniu?

W kontekście ‘patriotyzmu’ poważam ogromnie bł. Matkę Teresę. Urodzona w Skopje (dzisiejsza Macedonia, ówczesne Imperium Osmańskie), w rodzinie albańskiej. Całe życie przepracowała wśród ubogich i chorych w Indiach. Zdrada ojczyzny (jakby np. Albania nie potrzebowała pomocy?) czy może umiłowanie człowieka ponad podziałami skąd jest i kim jest? Chyba nieważne w jakiej służbie, ważne że w służbie człowieka, Ziemi i siebie samego.

Radykalna zmiana radykałów

Podział na narody zawsze był. I do czego nas to doprowadziło? Do punktu, w którym jesteśmy. Mi się on bardzo nie podoba. A radykalną zmianę sytuacji może zmienić tylko radykalna zmiana myślenia. Nowa ścieżka, nowe horyzonty, a więc nowe rezultaty… może.

Moim zdaniem nie ma sensu myśleć kategoriami patriotyzmu narodowego, lokalnego... Tylko patriotyzm ludzki. Jestem człowiekiem i Ty jesteś człowiekiem. Nie żyję dla szczęścia i dobrobytu Polski. Żyję dla szczęście swojego i ludzi, obojętnie skąd są i gdzie się urodzili, jakie mają korzenie. Bo wszyscy mamy jedne.

Na początku Muniek Staszczyk, w środku Jacek Kaczmarski, zakończyć chciałbym piosenką z jeszcze innego kręgu kulturowego. Piosenka, której się słucha gdy leci w radio, spokojna melodia na pianinie, łagodny głos. Co odważniejsi podśpiewują sobie pod nosem. A jednocześnie zawiera niezmiernie radykalne opinie. Tylko wygłoszone jako piosenka, którą można traktować z przymrużeniem oka, że autor sobie napisał jakieś bajania żeby się rymowało. John Lennon, proszę państwa.

Imagine there’s no countries
It isn’t hard to do
Nothing to kill or die for
And no religion too
Imagine all the people living life in peace

Imagine he really meant it.

wtorek, 20 listopada 2012

Pepsi piją lepsi

Już jakiś czas przymierzałem się do ruszenia tematu kultury opartej na Coli czy Pepsi. Będąc w ZHRze trudno się z tematem nie spotkać, podział na zwolenników to jednej, to drugiej jest silny, a spotkania towarzyskie snują się gdzieś wokół tego tematu. Bo kultura picia nie może tak łatwo umrzeć w człowieku, w przypadku harcerzy po prostu idzie to w stronę niealkoholową, ale to generalnie to samo. I nie da się wyprzeć tego, że kultura od tysiącleci jest związana z napitkami – czy to rzymskie wino, kawa, wschodnioazjatycka herbata lub zioła, azteckie kakao, europejskie piwiarnie, czy wschodnioeuropejski pociąg do mocniejszych samorodnych trunków.


Kulturoznawcą, antropologiem czy socjologiem nie jestem, ale rzucając okiem na oparty na pepsi i coli aspekt kultury da się zauważyć pewne mechanizmy.

1. Przynależność do grupy jest prosta

W przypadku pepsiorowców czy colowców przynależność jest superłatwa – jedyne co trzeba to pieniążek. Nie trzeba nic samemu wiedzieć, nic samemu zrobić. Nie jest jak z parzeniem dobrej kawy czy herbaty, robieniem własnych kompotów czy alkoholi. Po prostu kupujesz, przynależysz. Oczywiście możesz jeszcze ubrać bluzę albo koszulkę z logiem.

Kraków

2. Wspólny wróg

Konkurencja między oboma korporacjami jest wspaniałym mechanizmem jednoczącym grupy zwolenników. Przerażające jak oddani są niektórzy zwolennicy jednego czy drugiego napoju. „Nie pójdziemy do KFC, bo tam mają Pepsi”.

3. Produkcja poza kontrolą

…a nawet zrozumieniem. Nikt samemu nie potrafi zrobić coli czy pepsi. Nikt nawet do końca nie wie jak się ją robi i co jest w środku. Więc jest oparcie części kultury na czymś, czego się nie rozumie… czy to dobre dla niezależności, to już pozostawiam jako otwarte pytanie.

4. Nie ma kreatywności

To wynika z poprzedniego. Jako że nie rozumiemy jak to się robi, trudno o modyfikacje, eksperymenty, własny wkład (jak w przypadku kaw, herbat, czekolad itp.). Jest czysta konsumpcja, nie ma miejsca na kreatywność.

Oczywiście taka uboższa wersja kultury nie jest przynależna tylko harcerzom, ale raczej masie ludzi. Tylko w przypadku ZHRu aż dziw, że tak pusty środek tworzenia kultury dał się zadomowić w tak potencjalnie świadomym środowisku. Napychanie kasy koncernom, bez żadnego rozwoju i nauki i dzięki miliardom jakie wpompowały w marketing... O ile bardziej bogate byłoby cokolwiek stanowiące przeciwieństwo tych czterech punktów – nadanie wartości i „wylansowanie” czegoś, co samemu można stworzyć a nawet bawić się tworzeniem nowych odmian, czego produkcja byłaby zrozumiała ale jednocześnie stanowiła wyzwanie, naukę i rozwój. I na dodatek czegoś, co nie opierałoby się na przeciwieństwie do czegoś, a mocniej na jedności.


Tak mnie zmobilizował news z Boliwii, która 21 grudnia (data nieprzypadkowa) wyrzuca ze swojego kraju koncern Coca Cola, żeby wspierać lokalny napój mocochinche – więcej tutaj. A tutaj bardziej "niezależne" źródło, czyli Forbes. W artykule w Forbesie akurat zabawne jest, że zastanawiają się jak to możliwe i opłacalne dla kraju, gdzie 2% PKB jest ze sprzedaży liści koki! Strzał w stopę przecie!

A data ustalona została wg ministra spraw zagranicznych, żeby przestać celebrować kulturę kapitalizmu a zacząć celebrować kulturę lokalną. W ostatnich latach także McDonalds się stamtąd wycofał, bo nie był w stanie wygenerować zysków... zaczynam kochać boliwijczyków!

No i demonizuję, oczywiście. Ale przejaskrawianie i kontrast sprawiają, że zaczynamy wyraźniej widzieć szczegóły.

sobota, 17 listopada 2012

A kumulacja?

Bergamo, 22:00. Od kilku godzin jest już ciemno, na początku fajnie można sobie pozwiedzać nocne miasto, ale już robi się pusto, a na dodatek zimno. Zaczynamy być śpiący, więc szukamy miejsca gdzie można w miarę bezpiecznie rozłożyć karimaty i przekimać do rana.



Płoty, ogrodzenia, znaki Properta Privata, wreszcie druty kolczaste. A za nimi piękne trawniki, parki, miejsca aż za dużo, a nam potrzeba tylko kilku metrów kwadratowych. Ale nie. Po trzech godzinach znajdujemy kawałek parku.


I w tym kontekście coraz bardziej sceptycznie podchodzę do własności prywatnej, szczególnie jeśli chodzi o posiadanie ziemi. I szczególnie jeśli chodzi o posiadanie jej powyżej własnych potrzeb, gdzie duża część po prostu się marnuje zamiast pomóc komuś. Trawniki, ogrody, są piękne ale puste, kiedy w tym samym czasie na dworcach, na ulicach tłoczą się ludzie którzy nic nie mają.

Człowiek jest jedyną istotą, która płaci żeby żyć na Ziemi.

Czyliśmy mądrzejsi i bardziej rozwinięci od zwierząt?

Gdyby w to nie wnikać, to logiczny wydaje się fakt że możesz sobie kupić kawałek ziemi i wybudować tam dom. Ale kto posiada Ziemię, że ma prawo sprzedawać jej kawałki? Jaki fakt leży u podstaw tego, że ktokolwiek może rządzić tym albo innym skrawkiem planety?

Ziemię posiada państwo. Skąd? Zgromadziło. Jak? Gdyby sięgnąć do historii, to tak zgromadziło tę ziemię, że pozabijało tych, którzy oponowali przeciwko zwierzchnictwu danego lorda, króla, barona, kacyka, wodza, cholera wie czego. Nawet w miarę świeżej historii, u podstaw Stanów Zjednoczonych leżą oszustwa prawne (podpisywanie przez Indian umów sformułowanych po angielsku), albo wręcz wymordowywanie ich i zamknięcie w rezerwatach. A teraz ziemię sprzedają jakby nigdy nic… Taka prawda, państwowe akty własności ziemi są całe splamione świeżutką i nieświeżutką krwią, a u źródeł leży przemoc, gwałt i terror. Wporzo sprawa. Kupujcie, kupujcie po taniości. Teraz jesteśmy w miarę pokojowi jeśli chodzi o landy i dlatego niewielu podnosi sprawę, że zostały mniej lub bardziej krwawo zdobyte. Ojcowizna, a co.


Miejsca nie jest za mało, pod wielkim dachem nieba dla wszystkich go starczy. Ot, Wojciech Cejrowski dobrze rzekł, stojąc przed ogromną połacią dżungli i zadając kłam opinii, że miejsca na świecie jest za mało. To my tłoczymy się w miastach. Dałbym materiał video, ale TVN wycofało go z youtube’a.

Jak dla mnie, to żaden człowiek nie ma żadnego prawa posiadać więcej Ziemi niż mu potrzeba, nie ma prawa eksploatować forsownie jej zasobów, a każdemu (niezależnie od statusu, majątku, produktywności, czasu w którym się urodził) przysługuje równe prawo do mieszkania na planecie. Osiedlenia się gdziekolwiek im się podoba, bez aktów własności, umów, pozwoleń, opłat czynszowych dla państwa. Prawo przysługujące za sam fakt istnienia.

Chodź, człowieku, coś ci powiem
Chodźcie wszystkie stany
Kolorowi, biali, czarni
Chodźcie, zwłaszcza wy, ludkowie
Przez na oścież bramy

Dla wszystkich starczy miejsca
Pod wielkim dachem nieba

Rozsiądźcie się na drogach
Na łąkach, na rozłogach
Na polach, błoniach i wygonach
W blasku słońca w cieniu chmur

Rozsiądźcie się na niżu
Rozsiądźcie się na wyżu
Rozsiądźcie się na płaskowyżu
W blasku słońca w cieniu chmur

Dla wszystkich starczy miejsca
Pod wielkim dachem nieba
Na ziemi, którą ja i ty też
Zamieniliśmy w morze łez
- Edward Stachura, Missa Pagana, Introit

środa, 31 października 2012

Wy godnie

Kiedy chcesz nauczyć się czegoś, rozwinąć w sobie… wychodź w nieznane. Bo gdzie można się czegoś tak dobrze nauczyć, tak dobrze rozwinąć, jak gdzieś w zupełnie nietkniętym kierunku?

Każdy z nas ma zestaw zachowań, sytuacji, umiejętności itp., z którymi czuje się komfortowo. Doświadczył ich już i wie, że sobie poradzi, że potrafi. I mamy wokół siebie taką bańkę składającą się z naszych przeszłych doświadczeń, w której czujemy się naprawdę dobrze. Tyle, że żeby się rozwijać trzeba wychodzić poza strefę komfortu… im dalej, tym bardziej rozwojowo. Im częściej, tym łatwiej przychodzi kolejne wykraczanie poza bańkę.

Wiele osób ma grube ściany wokół swojej strefy komfortu, obawiając się wychodzić poza nie. Bo coś się stanie – wygłupią się tańcząc pierwszy raz, nie zrobią tego czy owego, bo się na tym nie znają, nie wiedzą co zrobić, nigdy tam nie byli… W obawie, że nie są dosyć dobrzy żeby podołać nowej sytuacji. I bańka się utrwala w dotychczasowym kształcie. A co może się najgorszego stać?

Jak masz czuć się kiedykolwiek z tym wygodnie, jeśli nie zaczniesz tego robić? Jeśli zaczniesz i będziesz kontynuować, to staniesz się lepsza/y w tym. Umiejętność przyjdzie z czasem, ale nie inaczej jak przez trening.

Śpij wygodnie

Tymczasem dążymy do tego, żeby wszystko maksymalnie sobie ułatwić, im prościej, im szybciej, im łatwiej – tym lepiej. Lepiej? Bardziej rozwojowo? Komfort usypia uwagę, przytępia zmysły, wygasza myślenie. Bo po co, jeśli jest komfortowo?

Pomysły biorą się z niedostatku, z braku, z potrzeby. W obliczu braku mózg się uruchamia, zaczyna się gimnastykować żeby znaleźć nowe drogi do celu. Zaczyna być naprawdę kreatywnie, jeśli pozbyć się oczywistych ułatwień.

Otaczamy się wygodą, chcemy bezpieczeństwa, stabilności. A przecież rozwój jest w zupełnie drugą stronę…

Każdy w innej bańce chodzi

Trzeba mieć świadomość, że mamy często zupełnie różne strefy komfortu, różne grubości ich ścian, różną skłonność i otwartość na wychodzenie w nowe sytuacje. Granice strefy komfortu jednego człowieka mogą być nie do pojęcia dla innego („Jak możesz z takim spokojem przemawiać przed dwutysięczną publicznością!”). Ale dużo jest kwestią treningu, a jeśli ktoś jest otwarty na poszerzanie strefy komfortu idzie szybko.

Pamiętam początek pisania bloga. Wątpliwości czy w ogóle mój warsztat do czegoś się nadaje. Zwlekanie z tym pomysłem dobre pół roku (?). Jak niekomfortowo się czułem pisząc pierwsze wpisy. Teraz NieIstota ma prawie 90 postów, ponad półtorej roku, ponad 5000 wyświetleń. Ja czuję się coraz bardziej komfortowo pisząc kolejne teksty.

Jak niekomfortowo się czułem pierwszy raz nocując sam w namiocie pośrodku gór (bodajże Jeseniky?), pierwszy raz prezentując swoje piosenki przed szeroką publicznością na Bazunie. Z czasem to wchodzi do repertuaru zachowań, my jesteśmy w stanie coraz częściej to robić, więc stajemy się coraz lepsi. Strefa komfortu się poszerza, więc można iść dalej!

Teraz zastanawiam się często, co byłoby dla mnie dyskomfortem, kolejnym krokiem. Czego dalej spróbować i w jaką sytuację się wepchnąć, próbując z niej wyjść. Ok, nocowałem w zeszłym roku w zimie w górach w namiocie. W tym roku trzeba pójść dalej – marzę o noclegu w jamie śnieżnej.

Twój dysko

Pomyśl przez chwilę co dla Ciebie jest dyskomfortem. Zarówno jeśli chodzi o duże rzeczy jak i małe, które można dokonywać codziennie. Nie muszą to być sensowne albo znaczące rzeczy, ale wypychanie się poza strefę przyzwyczaja do tego, osłabia granice bańki.

A gdy niespodziewanie życie rzuci nas w zupełnie inną sytuację… to jesteśmy na tyle oswojeni z odnajdywaniem się w nowych sytuacjach, że nie sparaliżuje to nas ani nie złamie.


PS. Czuję się niekomfortowo z pisaniem po angielsku, ale za radą kilku osób zaczynam ćwiczyć pisanie po angielsku nowych tekstów i redagowanie starych… zobaczymy co z tego będzie!

środa, 10 października 2012

Bespinięsy II

Pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich nie da się żyć. Nie da się? Chwilę zastanowić się można czym jest pieniądz... Przecież z czysto realnego punktu widzenia to skrawki papieru. Mam kilka takich zielonych skrawków o wartości 15 kebabów albańskich. Z tym, że żaden bank (nawet w Podgoricy!) nie chce tych pieniędzy, ja nie kupię tutaj za nie nic, a same w sobie są gorsze nawet od czystego papieru, bo trudniej po nich pisać.

Po co ci pieniądze? Potrzebne ci towary i usługi, papieru albo bilonu do ust nie wepchniesz, strój z banknotów byłby raczej niepraktyczny (Lady Gaga jeszcze w takim nie wystąpiła?), przetopić na stal do budowania domu też ciężko. To na cholerę. Pławić się w bogactwie?


Sądzę, że niewielką naukę czerpiemy z mitu o Midasie.

Pieniądze są tylko skrótem myślowym. Gdybyś miał potrzebne towary i usługi, pieniądz staje się bezużyteczny. Gdybyś miał pieniądz, praca zarobkowa staje się bezużyteczna. Kto dobry z matmy, równanie może sobie dalej poprowadzić, ale nie o pracy tutaj mowa tym razem.

Waluta jest wygodna, ze względu na to, że barterem sprawy się nie załatwi. Będąc lekarzem nie zawsze znajdziesz hydraulika, który potrzebuje twoich usług i wymienicie się 1:1. Dlatego potrzebne jest coś pośredniego. Na dodatek kwestia rozmienialności: na drobne (obyśmy sami się nie rozmieniali):

Gdyby miał na własność wołu, a chciał kupić w sklepie igły i nici, niewygodne i wnet niemożliwe by było, jego zdaniem, stopniowe zastawianie części tegoż zwierzęcia na daną kwotę.
- Henry David Thoreau, Walden

A co z minusami pieniądza?

Bieżący kryzys sporo mówi o operacjach fikcyjną wartością. Pójście w uliczkę, gdzie pomnażanie pieniędzy nie wiąże się z żadną realną wartością… Instrumenty pochodne od instrumentów pochodnych… Coś przypominam sobie z nauk mojego wydziału o parytecie złota, na szczęście pieniądz uwolnił się z tych przyziemnych okowów i nie musi mieć żadnego pokrycia w rzeczywistości, wystarczy drukareczka albo impuls elektryczny.

I tu przypowieść o tymfie (gwiazdorze powiedzenia ‘dobry żart tynfa wart’). Nominał srebrnej złotówki wynoszący 30 groszy, zawartość kruszcu równa połowie tego. Monogram króla Jana Kazimierza ‘ICR’ już wtedy rozszyfrowywano jako Initium Calamitatis Regni – ‘początek nieszczęść królestwa’.

Dwa - pieniądz jest pod kontrolą państwa. Państwa, które przecież tak nieracjonalnie się zachowuje, nieracjonalnie wydaje i gospodaruje tym, czegokolwiek się tknie. Hiperinflacja z lat 20-tych spowodowana swobodnym dodrukiem pieniądza, uczyniła bezwartościowym kolejne papierki i żetony. I nagle z pieniądza zarobionego realną pracą, realną wartością… robi się nic. Przez błędne decyzje od ciebie niezależne. Proszę bardzo, możesz rozliczyć polityków nie głosując na nich w następnych wyborach -  ale owoców pracy ci to nie wróci. Farsa demokracji. George z Grecji opowiadał mi, jak powszechne stały się samobójstwa w jego ojczyźnie, gdy ludzie z dnia na dzień stracili oszczędności w bankach.

Pieniądz jest narzędziem wolności (albo może nim być). Narzędzia wolności nie chcę oddawać pod kontrolę komuś, kogo nie kontroluję.

Wealth is a tool of freedom. But pursuit of wealth is the way to slavery.
- Frank Herbert

Trzy – myślenie. Skrót myślenia i pożądanie papieru i żetonu w miejsce tego, co realne. Ogniwo pośrednie odwraca uwagę od tego co rzeczywiście potrzebne, wydaje mi się, że łatwiej o chciwość operując na fikcji. Bo milion dolarów każdy by chciał mieć, a milion chlebów? Panie, gdzie ja by to pomieścił?

Jakie są alternatywy? O barterze pisałem, nie ma opcji. O idealnym dla mnie systemie rozpisywać się nie będę, przynajmniej nie tym razem. Ale jest inicjatywa rodem bodajże z RPA, na którą trafiłem dzięki Przekrojowi (coraz bardziej lubię ten tygodnik).

W Polsce działa to pod nazwą Wymiennik. Nie jest to nowe, koresponduje z tzw. bankami czasu, obecnymi na świecie i w Polsce - chociażby flagowy BankCzasu.org, gdzie pachnie jednak trochę barterem, więc nie jest to do końca skuteczne. Wymiennik wydaje mi się ulepszoną wersją, bo jak pisze o sobie:

To całkiem proste. Maja chce zjeść domowy obiad, ale nie potrafi gotować. Wchodzi więc na wymiennik i znajduje ogłoszenie kucharza Igora, który tworzy smakowite cuda. Maja odwiedza Igora i wychodzi od niego bogatsza o pyszności i nową znajomość. Potem Igor loguje się w wymienniku i zapisuje na swoim koncie 20 punktów (zwanych alterkami), które zostają odjęte od konta Mai. Za jakiś czas ktoś inny skorzysta z umiejętności Mai, która potrafi szyć piękne wełniane czapy – wtedy to Maja zdobywa co nieco alterek. I tak to się kręci, wiruje, krąży i wraca.

Proste, genialne. Omijamy pośrednictwo drukowanego pieniądza pod kontrolą państwa. Omijamy podatki – przysługi sąsiedzkie są nieopodatkowane (wykładnia Ministerstwa Finansów). Poznajemy ludzi z okolicy, którzy umieją coś ciekawego. Sami staramy się też wytworzyć jakąś wartość, którą ktoś zechce od nas. Staramy się być przydatni. Nie ma zapomóg dla bezrobotnych, socjalnych alterek dla ubogich. No i stwarzamy przestrzeń do wolnych zawodów. Nie musisz mieć salonu, opłacać działalności gospodarczej, przechodzić rekrutacji ani zależeć od szefa zakładu fryzjerskiego, żeby obcinać włosy ludziom, którzy na to są chętni. Wolność usług, wolność przepływu. Szara strefa na całego - jestem za.

Myślę, że to dobra droga do uniezależnienia się od pieniądza i dobra do poznania ze swoimi sąsiadami i ludźmi, którzy bez złotówek chcą pomagać innym. Może kiedyś dojdzie i do tego, że zapomnimy o systemie alterek?

Są też wady Wymiennika:

W rzeczywistości i to jest opodatkowane, a raczej oinflacjowane. 2% z każdej transakcji pojawia się na koncie właściciela (nie zostaje zabierane,  tylko system je „dodrukowuje”). W formie alterek może on dzięki temu zatrudnić ludzi, którzy wykonają plakat czy inne prace promujące projekt. Jak dla mnie – ok.

Inna wada to elektronika. Krach systemu, nie wiemy ile kto ma alterek na koncie, o Boże, co robić, nikomu już nic nie pomogę, bo nie wiem ile za to dostanę.

I jasne, jest ryzyko oszukania systemu – gdy ktoś nabije sobie punkty fikcyjnymi usługami, a potem będzie kupował te prawdziwe od innych…  Ale chciwości ludzkiej nie przeskoczysz tak długo, jak to materia i luksus jest podstawową wartością definiującą życie człowieka. 

niedziela, 7 października 2012

Kwaśne marzenia

Egzaminy wstępne na kierunek nauk politycznych. Profesor rozmawia z kandydatką:
- Co Pani wiadomo na temat programu ekonomicznego dla Polski realizowanego przez ministra Rostowskiego?
Dziewczyna milczy.
- No to co Pani wie o polityce społecznej Donalda Tuska?
Dziewczyna milczy.
- A wie Pani kto to jest Donald Tusk? Jarosław Kaczyński? Coś pani mówi nazwisko Komorowski?
Dziewczyna milczy.
- A skąd Pani pochodzi?
- Z Bieszczad Panie Profesorze.
Profesor podszedł do okna, wygląda na ulicę, chwilę się zastanawia i mówi do siebie:
- Kurwa... może by tak wszystko pierdolnąć i wyjechać w Bieszczady…?

A kto by nie chciał? Nie ma to jak zasztrasburgerować na początku. Tak mi się skojarzyło z podziałem marzeń, na dwie sfery. Na sferę takich true-marzeń, które wplatają się w życie. Takie marzenia,  że ot, chcę mieć dom, to pracuję na zdolność kredytową, odkładam gotóweczkę, przeglądam ogłoszenia, orientuję się w rynku co i jak. Jak chcę przebiec maraton to zapieprzam z planem treningowym, deszczyk nie deszczyk, zmęczenie nie zmęczenie. I coś robię w kierunku tego, żeby to się spełniło.

Druga sfera marzeń (można je tak nazwać?) związana jest z pieprzeniem. Jak to bym coś zrobił, chętnie bym wszystko rzucił i pojechał w Bieszczady, choćby jutro. To jedź.  Eee, no nie, w sumie to nie mogę bo praca, sraca, a właściwie to w piątek mam urodziny koleżanki. No i dentystę za dwa tygodnie, właściwie to nic poważnego, ale przegląd trzeba robić regularnie. Może za rok. To na cholerę chrzanisz i sobie i innym dupę zawracasz takim gadaniem.

Takie „wiesz, zazdroszczę Ci X, też bym chciał Y, zawsze chciałam Z”. Co robisz, żeby być o kroczek bliżej w drodze do tego XYZ? Czy w ogóle wiesz, gdzie ta droga się znajduje, jak na nią wejść i przez co prowadzi? Czy po prostu byle wymówka cię z niej zawraca, nawet zanim jeszcze poważnie na nią wkroczysz?

Jeśli tak, to są to takie kwaśne marzenia, niedojrzałe jabłka, w za dużej ilości, powtarzane i niezrealizowane… mogą tylko przyprawić o frustracyjną sraczkę. Ciebie i otoczenie. No bo ile można gadać/słuchać co to by było, gdyby się dało, ale się nie da. Albo chcesz, albo „chciałbyś”. Albo realizujesz, albo „realizowałbyś”. Panie, jakby się dało, to czemu nie…

rys. Andrzej Mleczko


Trzeba odróżniać CHCĘ od CHCIAŁBYM. Albo CHCIAŁBYM CHCIEĆ. Staram się albo przerzucić z koszyka Chciałbym do koszyka Chcę i wcielić w życie. Jeśli przez to musiałbym poświęcić coś, co jest wyżej na liście priorytetów - to jest miejsce na weryfikację. I wyrzucam to w ogóle z mojego pola widzenia/gadania. Bo tylko frustruje. A jak się pomieści w realu i da się zaplanować życie, żeby kierunek z takim nowym "marzeniem/zachcianką/planem/zwał jak zwał" był zgodny i go nie ominął - to wrzucam w koszyk Chcę. I Dążę. A przynajmniej próbuję (w wyniku m.in. tego moja lista 100 marzeń zmniejszyła się do 28. I kilku kandydatów do tego miana).

Bo ile można żreć niedojrzałe jabłka, żyć z cierpkim wyrazem na twarzy, a potem jeszcze biegać po kiblach. Ani to przyjemne ani produktywne, tylko deprech mode można złapać. Albo porzucić kwaśne jabłka, albo wcielić w życie, dojrzeć razem z nimi i zebrać pełne siaty.

PS. Autor prywatnie uwielbia kwaśne jabłka, ale z racji ograniczonej wyobraźni taka metafora powstała i zostanie. Hej.