piątek, 31 maja 2013

Dlaczego społeczeństwo nie może być szczęśliwe


Pamiętał doskonale swój referat sprzed dziesięciu lat, gdy jeszcze studiował makroekonomię. Samo uzasadnienie wydawało się na ten dzień jak najbardziej prawdziwe, zresztą wydarzenia, które po nim nastąpiły potwierdziły większość argumentów. Jednak główna teza wcale nie napawała go optymizmem - mimo wysokiej oceny końcowej z przedmiotu.

- System ekonomiczny zawaliłby się, gdybyśmy doprowadzili do stanu, gdzie społeczeństwo jest szczęśliwe. Całość gospodarki opiera się na niezaspokojonych potrzebach, to one stanowią bodziec do zakupów i konsumpcji, a przez to do pracy zawodowej. Brak motoru napędowego w postaci niezadowolenia ze stanu obecnego byłby prętem wsadzonym między tryby działającej dotychczas machiny.

Potrzeby, które napędzają ekonomię, nie muszą być prawdziwe. Wręcz przeciwnie - te prawdziwe, podstawowe, jesteśmy w stanie zaspokoić niewielkim nakładem pracy. Niezbędne jest więc wygenerowanie potrzeb dalszego rzędu, problemów bardziej abstrakcyjnych niż podstawy egzystencji. Potrzebne nam są niezaspokojone ambicje, niskie poczucie własnej wartości, brak akceptacji społecznej, wysokie i niedoścignione wzorce zamożności, powodzenia czy rozrywki. Potrzebny jest wzorzec ekscesywnej konsumpcji postawiony jako standard "normalności". Potrzebny jest wzorzec bogatych jednostek postawiony na piedestale, do których statusu uboższa jednostka będzie dążyć, w nadziei, że to rozwiąże jej problemy wewnętrzne i poczucie braku szczęścia i zadowolenia z życia.

Jednym słowem - aby gospodarka mogła działać, społeczeństwo musi być stale niezadowolone ze stanu posiadania i stopy życiowej.

Wyobraźmy sobie sytuację, gdzie każdy uczestnik rynku jest usatysfakcjonowany minimalnym zaspokojeniem potrzeb podstawowych. Ma niewielki dom, w zupełności wystarczający do mieszkania. Nie głoduje, ma co włożyć na siebie. Ma podstawowe przedmioty zapewniające mu w miarę komfortowe życie. Ma czas, który spędza z rodziną i bliskimi. Ma niewielki fundusz na czarną godzinę - w razie choroby.

Można powiedzieć, że część uczestników rynku jest na tym poziomie. Oczywiście, ale załóżmy, że jest na nim  k a ż d y. Zarówno szeregowy pracownik, kierownik, dyrektor jak i właściciel wielkiej korporacji. Nikt nie ma większych potrzeb finansowych niż ten poziom. Gdzie w takim razie trafia nadwyżka pieniędzy? Jak jest dystrybuowana?

A może jej nie ma, ponieważ nie ma potrzeby produkowania dóbr luksusowych? Nie ma potrzeby posiadania więcej niż inni, ponieważ każdy jest szczęśliwy i nie musi podbudowywać swojego ego posiadaniem drogiego zegarka, ogromnej willi czy złotego samochodu.

Po drodze z gospodarki odpada marketing. W końcu jako dziedzina bazuje na niezaspokojonych potrzebach - uświadomionych bądź nie. Jak można komuś sprzedać lepszy styl życia, skoro jest usatysfakcjonowany z obecnego?

But if less is more, how you're keeping score?
- Eddie Vedder, Society

Na czym w takim razie koncentruje się życie, jeśli nie na dążeniu do jego polepszenia? Co z postępem, co z badaniami? Przecież jeśli jesteśmy zadowoleni z życia po co nowe wynalazki? Czy ktoś jeszcze będzie chciał tworzyć coś, gdy zniknie motywacja finansowa i związana z nią obietnica luksusu i posiadania więcej niż się ma?

Załóżmy, że w kwestii konsumpcji ludzie poprzestają na racjonalnym poziomie. Ogólnie w takim razie poziom produkcji spada, ponieważ rynek konsumuje o wiele mniej. Rynek zbytu kurczy się drastycznie. Prowadzi to do oczywistych zwolnień. Setki milionów ludzi pozostają bez pracy - ponieważ nie są potrzebni z ekonomicznego punktu widzenia.

Nie są potrzebni...

Co ze sobą zrobią? Czy doprowadzi to z powrotem do nierówności, poczucia braku? Wrócimy do obecnej sytuacji, z rzeszą niezaspokojonych potrzeb osób bezrobotnych, tylko na niższym poziomie niż obecnie? Doprowadzimy po prostu do gigantycznej deflacji? Możemy to nazwać niewidzialną ręką rynku. Ja to nazywam błędnym kołem.

Dlatego właśnie społeczeństwo nie może być szczęśliwe - zapanowałby totalny chaos. Motywacja do działania musiałaby przybrać całkowicie inną formę. Musielibyśmy przybrać inną hierarchię wartości, sposób oceny, celów życiowych, wzajemnych relacji bez użycia siły pieniądza.

A całość świata, w jakim żyjemy, musiałaby ulec całkowitemu przedefiniowaniu i przeorganizowaniu - a na to nikt nie ma pomysłu.


Zarazem jednak uświadomiono sobie, że powszechny dostatek zagraża trwałości społeczeństw hierarchicznych; właściwie jest ich zgubą. W świecie, gdzie każdy pracuje krótko, ma pod dostatkiem żywności, mieszka w domku z bieżącą wodą, posiada lodówkę, samochód, a może nawet i awionetkę, znikają najbardziej rzucające się w oczy i najbardziej istotne przejawy nierówności. Powszechny dostatek oznacza zatarcie różnic. (...) Gdyby wszyscy byli jednakowo zamożni i dysponowali taką samą ilością wolnego czasu, ogromna masa ludzi dotychczas ogłupionych nędzą zdobyłaby wykształcenie i nauczyła się myśleć, a wówczas prędzej czy później zdałaby sobie sprawę, że uprzywilejowana mniejszość nie ma żadnej racji bytu i należy ją obalić. Społeczeństwo hierarchiczne musi opierać się na nędzy i ciemnocie, aby sprawnie funkcjonować.
- George Orwell, 1984

niedziela, 26 maja 2013

Zawsze coś

Jedno z trudniejszych pytań, na jakie obecnie napotykam stosunkowo często, to "A czym Ty się teraz właściwie zajmujesz?". Bo jak w skrócie opowiedzieć o 6 czy 7 źródłach zarobków (zaczynam od zarobków, bo właśnie to na ogół mają ludzie na myśli, zadając to pytanie)? Jak opowiedzieć o kilku projektach stworzeniowych, które mi się kołaczą po życiu w międzyczasie (bo to z kolei dla mnie ważniejsze niż większość projektów zarobkowych)?

Jeszcze ważniejsze - jak to sobie poukładać wszystko w głowie - prowadzenie szkoleń w dwóch obszarach, kampania marketingowa, biznesplan i organizacja nowego portalu, wnioski unijne, social media... Prowadzenie dwóch blogów (przymierzam się do przynajmniej jeszcze jednego projektu pisarskiego), fotografia, solowy projekt muzyczny jak i przeróżnej maści współprace... Nagle się robi tego masa, nie ze względu na zaangażowanie czasowe a mnogość i różnorodność tematów. Konieczność pamiętania i dbania o nie, nawet jeśli każdy z osobna nie zajmuje wiele czasu. Zawsze pozostaje coś do zrobienia, zawsze pozostaje jeszcze jedne niezrealizowany pomysł czy coś, co "można by ruszyć".

Są dwie drogi, którymi można pójść. I - w dłuższej perspektywie - jest zawsze czas żeby zmienić tę, którą wybrałeś (R. Plant).

Pierwsza droga to nauczyć się organizować. Robienie kolejnych list z rzeczami do zrobienia (sic!), używanie narzędzi monitorujących postępy, przypominaczy, planów i schematów dnia...


Może i efektywne, może pozwala zajmować się wieloma projektami naraz. Wymaga tylko pewnej dozy samodyscypliny, żeby się z narzędzi nie wyłamać, plany realizować, listy odhaczać. I żeby "myślały" i "pamiętały" one za nas, bo trzymanie zadań w umyśle i świadomość, że cały czas jeszcze coś mamy do zrobienia... to masakra. Zawsze pozostaje jeszcze coś do zrobienia, umysł jest nieoczyszczony i gdzie mamy miejsce na relaks, na odprężenie, na medytacyjną pustkę? Życie czeka dopiero na końcu listy?

Nic nie potrafi nadać naszemu życiu większej mocy niż skupienie wszystkich sił na ograniczonej liczbie celów.
- Nino Quebein 

Stąd wprost wynika druga droga: to uproszczenie. O wiele prościej zarządzać ograniczoną liczbą tematów - tak samo, jak prościej żonglować trzema piłeczkami niż pięcioma. Jasne, można nauczyć się i tego drugiego - ale to mamy powyżej.


I chodzi tu zarówno o rezygnację z tego, czego robić nie chcemy / nie musimy, jak i nawet o rezygnację z tego co chcemy, ale mniej niż pozostałe rzeczy. Szczególnie ważne dla ludzi o wielu zainteresowaniach i sporym pokładzie entuzjazmu do działania.

Chodzi też o nie akceptowanie kolejnych projektów / tematów w przyszłości. Najpierw uporządkowanie bieżączki, a potem ścisła selekcja za co się brać, a za co nie - i tutaj wchodzi prawdziwa sztuka. Sztuka wyboru.

Skoro wybór, to musi być jakieś kryterium. Skoro kryterium, to musi czemuś służyć - i tu już nasza w tym głowa, żeby dobrze odpowiedzieć sobie na pytanie "Kim mam zamiar być? Co chcę w życiu robić?" - ale nie odpowiadać sobie 20-toma rolami, jakie chcielibyśmy pełnić. 100-ma marzeniami. 45-ma cechami, jakie chcielibyśmy mieć czy zestawem 69-ciu umiejętności, jakie chcemy posiąść. Dużo. Dużo. Za dużo.

Chodzi o skupienie, w dzisiejszym przeładowanym informacjami i bodźcami świecie chodzi coraz bardziej o skupienie i o umiejętność odrzucania tego, czego nie chcemy albo na czym w tym momencie nie skupimy się z różnych powodów. Jedno słowo.

Jasny, prosty kierunek, nie wielowątkowość a jasna wytyczna. I podporządkowanie temu jednemu kierunkowi reszty aktywności, ról, umiejętności, marzeń. Jeden kierunek, jasny i przejrzysty. Jedno nadrzędne zdanie, określające mnie i leżące u podstawy.



Disclaimer:

To moja propozycja Drogi. Wiem, że są osoby które świetnie sobie radzą z systemami organizacji zadań, żonglowaniem projektami i przeróżnymi aktywnościami. Chwała im za to!

sobota, 4 maja 2013

Dobre, bez porównania

Czy przeciwieństwa mogą istnieć bez siebie nawzajem? Światło bez ciemności, dobro bez zła - że się tak banałem wyrażę. Przecież nawzajem się definiują i jedno jest po prostu brakiem drugiego, czyż nie?

Czy potrafimy funkcjonować bez porównań i takich kontrastów, tzn. być po prostu szczęśliwi non-stop? Bez czucia się nieszczęśliwym, smutnym i zgnębionym od czasu do czasu i dopiero wtedy doceniać jak dobrze było kiedyś. Bez przerwy widzieć jak wielkim cudem jest życie, nie dopiero w obliczu śmierci. Cały czas cieszyć się za fakt, że mamy wszystkie zmysły sprawne, nie tylko krótki czas po spotkaniu osoby niepełnosprawnej w tym czy innym względzie. Być zadowolonym z tego, co posiadamy, bez doświadczania groźby czy prawdziwej utraty. Cieszyć się ze zdrowia nie tylko leżąc złożonym chorobą.


To chyba recepta na prawdziwe szczęście – poradzić sobie z myśleniem kontrastowym i być w stanie spojrzeć obiektywnie w każdym momencie na to, co mamy w życiu.

Jak to zrobić? To chyba wyższy poziom świadomości… Nie dać się pokrętnej psychice, która ciągle chce więcej, lepiej, inaczej. Która nudzi się szybko – coraz szybciej w dzisiejszych czasach – mimo, że obiektywnie jest dobrze. Przyzwyczajamy się do stanu obecnego, przestając go doceniać i szukając jeszcze większej poprawy. Ciągła pogoń, zmiana. Nawet, gdy to, co już mamy, to ogromnie dużo – a przynajmniej wystarczająco.

Wiedząc, jak działa psychika i że nigdy nie jest zadowolona ze stanu obecnego a docenianie małych radości odchodzi szybko na bok, można np. wykształcić w sobie nawyk myślenia „pierwszy i ostatni”. Patrząc z perspektywy, że jest to pierwszy raz, kiedy patrzę na taką pogodę, i prawdopodobnie ostatni – inaczej oceniamy.

Inna droga to co pewien czas robić sobie obiektywny rachunek sumienia - jak wiele zdolności, możliwości, wspaniałych osób dookoła, niezbędnych środków do życia posiadam. I pozostawać jak najdłużej z tego świadomością i zadowoleniem z tego faktu.

Tylko jak zostać z takim spojrzeniem na świat na dłużej? Bez rachunków sumienia, bez wprowadzania swojej psychiki w błąd, po prostu oceniać bez kontrastu?

Jak stale pamiętać o tym, jak wiele mamy i doceniać to każdego dnia? Mam nadzieję, że jest droga poza myślenie kontrastowe i że uda mi się ją kiedyś znaleźć.


środa, 27 marca 2013

Cholerna szosa


- Człowiek czuje się prawdziwie samotny, kiedy ma coś takiego, czego nie powie nikomu. – powiedział w zamyśleniu, wychylając się przez barierkę. Wychylał się trochę za mocno, jak na mój gust, może po to, żeby zobaczyć fale rozbijające się na skałach pod nami. – Naprawdę nikomu, nawet rodzonej matce. Nawet najlepszemu przyjacielowi. Nikomu.

Mimo, że staliśmy w pełnym słońcu, w powietrzu ciężko wisiał żar jawnie szydzący z sąsiedztwa morza, po jego twarzy przemknął nieokreślony cień. Albo raczej Cień – swego czasu naczytałem się Le Guin i to porównanie wydawało się jak najbardziej na miejscu.

- Nosisz to w sercu, a dusza wyrywa się, żeby się z kimś tym podzielić. Ale wiesz, że to daremne. Że nikt nawet nie będzie chciał słuchać. Że nikt nawet nie będzie chciał zrozumieć. Bo to zbyt skomplikowane. Albo czujesz, że nie masz prawa kogoś bliskiego obarczyć takim ciężarem, ciężarem swoich myśli.  – wciąż wpatrywał się pusto w fale kilkanaście metrów pod nami. Mówił do mnie, ale też na wpół do siebie. – Wiesz, czujesz, że w tej jednej kwestii jesteś jedyną duszą w kosmosie.

Za naszymi plecami przejechał samochód, pierwszy od dwóch godzin. Drgnąłem, ale było już za późno żeby machać. Cholerna szosa, nigdy się stąd nie wydostaniemy.

Jay nadal był poza tą sytuacją. Zdawał się nie zauważać naszego beznadziejnego położenia, tkwiąc pośrodku własnego wywodu.

- I to dopiero jest prawdziwa samotność. Póki masz komu powiedzieć, nie jesteś sam.

- I jeszcze ta nadzieja. – po chwili wrócił do porzuconej myśli. – Kiedy kogoś spotykasz, że gdy otworzysz usta, to będziesz mógł powiedzieć. Że twoja dusza nie jest sama w tym pieprzonym kosmosie. Ale za każdym razem okazuje się, że jest. Umarła nadzieja za każdym razem przypomina o tym, jak bardzo samotny jesteś.

Z uwagą przejechał dłonią po metalu barierki. To znów powróciło go do tego realnego, materialnego świata, chociaż w tym momencie wydał mi się tu tylko gościem.

- A ty masz takie coś? – pytanie wydało mi się naturalną konsekwencją tego co mówił, ale w momencie, gdy je wymówiłem, zrozumiałem jak bardzo się myliłem.

- Tak, mam. – odwrócił się od morza i spojrzał pod nogi, na przybrudzony piachem plecak. Podniósł go i zarzucił sobie na ramię.

- Idziemy? Bo nigdy się stąd nie wydostaniemy. – ruszył wzdłuż pobocza. – Cholerna szosa.

czwartek, 21 marca 2013

Konsumpcja

Powolnym i jakby starannym ruchem podniósł kubek z herbatą do ust.

- Szkoda, że jesteś wyłącznie nastawiony na konsumpcję. – powiedział.

- Co?! – co jak co, ale teraz to przesadził. Grubo. – Chyba śmieszny jesteś.

Spokojny, pociągnął długi łyk. Wiedział, że tym wkurwia mnie jeszcze bardziej. Myślałem, że przywykłem do takiego jego stylu bycia, ale najwidoczniej nie. Nie tym razem.

- Powiedz o co ci chodzi a nie siorbiesz herbatę jak pieprzony chiński mędrzec!

Kubek stuknął mocno o blat stołu. Spojrzał mi prosto w oczy, ale nadal nic nie mówił. Wyglądało to jakby czekał, aż zacznę gwizdać, że już się zagotowałem. Doskonale wiedział, co dzieje się ze mną w środku w takich chwilach. Słyszał wszystko, co chciał usłyszeć w nabierającym kolejnych kilogramów oddechu i w zmieniającym się odcieniu twarzy.

- Jak możesz tak powiedzieć? I skąd to w ogóle wziąłeś? Na konsumpcję to nastawione są te wszystkie bezmózgi pstrykające pilotem po kanałach! Wiesz ile książek przeczytałem w zeszłym miesiącu?

Odpowiedział głosem balansującym między tonem pobłażliwego wujka a przyjacielską zaczepką.

- Chciałeś powiedzieć, „ile skonsumowałem”?

 *   *   *

1. Czytanie to konsumpcja. Kino – ambitne czy nieambitne, to chłonięcie. Teatr i opera, a nawet – nie bójmy się tego powiedzieć – filharmonia – to bierny odbiór. Jak wysoka by nie była kultura, to jej wyłącznie odbieranie to konsumpcja.

2. A może to inwestycja – w siebie? Tylko w co dokładnie? Mówiąc, że w oczytanie, lepko ocieramy się o maślaność masła. W znajomość świata, ludzkich zachowań, innych krajów, sytuacji? W zdolność abstrakcyjnego myślenia, w wyobraźnię?

1. Inwestycja ma to do siebie, że powinien być z niej jakiś zysk. Czyli na co przekuwamy bogatszą wyobraźnię, żeby na tym zyskać? Na co przekuwamy znajomość ludzi, świata, sytuacji? Co z tego tworzymy – w końcu tworzenie jest przeciwieństwem konsumpcji. Ile można przeczytać książek, obejrzeć filmów i wysłuchać utworów, nie tworząc nic własnego?

2. Z drugiej strony tworzyć nie trzeba tylko w kontekście sztuki. Stworzenie wspaniałej relacji, z drugą osobą, z dziećmi, z przyjaciółmi – to też tworzenie. Nauka i wynalazczość, tworzenie biznesów, polityka – to wszystko są elementy twórcze. Nie trzeba zaraz rzeźbić, żeby mianować się twórcą.

1. Jednak samo tworzenie pozostaje daleko wyżej na hierarchii wartości niż konsumpcja czy nawet odtwarzanie (covery, reprodukcje, albo i własne interpretacje).

2. Nie można jednak całkiem zanegować konsumpcji – do pewnego stopnia jest też nieodzownym elementem tworzenia. Można coś stworzyć, nie mając wcześniej obycia w kulturze, w tym co zostało powiedziane wcześniej?

Na każdą stronę, którą napisałem, przypada sto wcześniej przeczytanych stron.
- Ryszard Kapuściński

1. Pozostaje tylko mieć świadomość co jest konsumpcją, co jest inwestycją, a co tworzeniem. I to, w jakim materiale tworzymy i na co przekuwamy wchłonięte kalorie sztuki. Na ogół, niestety, na zasilanie mięśni na cele kręcenia się wokół własnego ogona. Ina koniec i tak gówno z tego wychodzi.

Non omnis moriar
Tu spoczywa Franciszek K., który przeczytał w swoim życiu 5000 książek. I tyle o nim.

niedziela, 10 marca 2013

Uratowana czasoprzestrzeń

W niedzielę miejskie pociągi jeżdżą tak rzadko, że zawsze są pełne przynajmniej na tyle, że z trudem wypatruję ostatnie wolne miejsce na końcu wagonu. Ludzie nie jadą do pracy, a więc czy w ogóle gdzieś się spieszą, czy możemy jechać tak powoli jak w tej chwili?

Obok mnie mężczyzna o nieogolonej twarzy, w ciemnej czapce głęboko nasuniętej na oczy śpi oparty o okno. Pewnie obudzi się tuż przed swoją stacją, dzięki tej tajemniczej sile, która zdaje się czuwać nad śpiącymi podróżnymi równie mocno jak nad pijakami, potrząsając ich ramieniem w pociągu czy autobusie właśnie wtedy, kiedy trzeba i pozwalając bezpiecznie wrócić do domu.

Naprzeciwko starsza kobieta w fioletowej kurtce, patrzy przez to samo okno, o które oparty jest śpiący mężczyzna. Niecierpliwie miętosi foliową siatkę w dłoni, wodzi oczami za mijanymi budynkami, wypatruje swojej stacji. Myślami jest już pewnie w innym czasie, śpieszą jej się pół godziny do przodu. Do czasu, aż opuści ciążący jej widocznie stan uwięzienia w tym wagonie i będzie mogła podążyć dalej już polegając na swoich własnych siłach, z okrutnie pomiętą foliową siatką w dłoni.

Patrzę na całkiem ładną blondynkę w wełnianej czapce i szarym płaszczyku. Czyta książkę, twarda okładka, kilkaset stron. Przerywa lekturę, odsłania przegub lewej ręki i sprawdza godzinę na zegarku – ktoś jeszcze nosi zegarki? – uśmiecha się uroczo do pomyślnego układu wskazówek. Wygląda, jakby wskazały jej porę zbliżającego się spotkania.

Tuż obok niej siedzi młody facet w garniturze i płaszczu. Gustowny szalik wokół szyi, na kolanach tablet w skórzanym futerale. Co chwila odrywa od niego wzrok i patrzy przez okno. Jest już w innym miejscu, u celu podróży. Mimo kompletnie innego stylu te zaburzenia czasoprzestrzeni łączą go z kobietą w fioletowej kurtce. I pewnie dziesiątkami innych pasażerów przymusowo unieruchomionych na plastikowych czerwonych siedzeniach kolejki.

Mężczyzna koło czterdziestki, z ciemnym wąsem na tle bladej twarzy, pada na ziemię pomiędzy przedziałami, przy wejściu. Podchodzą do niego dwie czy trzy osoby, teraz już nie pamiętam. Ktoś z nich szybko przechodzi pomiędzy ławkami, zaczepia butem o plecak leżący w przejściu. Nie zamyka za sobą drzwi, przechodząc dalej, zamyka je kobieta w fioletowej kurtce. Nie widzi mężczyzny na podłodze, mruczy coś pod nosem o kulturze osobistej.

Chłopak w dresowej bluzie z nałożonym na głowę kapturem, wyciąga szyję, żeby popatrzeć przez prześwit na mężczyznę leżącego w przejściu. Komórka z wpół napisanym smsem zastyga w ręce.

Stoimy na stacji, jeszcze kawał drogi do Gdyni. Mężczyzna z wąsem nie odzyskuje oddechu, chyba umiera, ale nie słychać podniesionych głosów ani podniecenia. Ani ci, którzy przy nim są, ani nikt w przedziale go nie zna, nie ma emocji ani dramatu.

Blondynka przerywa na chwilę czytanie, patrzy wzrokiem widzącym jeszcze opisywane w książce pejzaże. Wraca do nudnej rzeczywistości, ale tylko omiata ją przez moment i zanurza się w labirynt liter.

Stoimy już dobre kilka minut. Mężczyzna w garniturze zaniepokojony zbyt długim postojem podąża za wzrokiem chłopaka w kapturze – który notabene wrócił już do pisania smsa. Widzi, co się dzieje, wyjmuje telefon i zawiadamia kogoś ze swojej odrębnej czasoprzestrzeni, że się spóźni.

Tajemnicza siła, która chyba miała w planach obudzić faceta przytulonego do okna obok mnie, nie wzięła chyba poprawki na ten postój. Budzi się teraz, kilka stacji przed docelową. Rozgląda się, ale nie zauważając niczego ciekawego wraca do snu.

Do wagonu wchodzą sanitariusze. Dźwigają mężczyznę z wąsem na nosze i transportują na peron. Możemy ruszać dalej, wszyscy oddychają z ulgą. Może jednak nikt nigdzie się nie spóźni, a czasoprzestrzeń wszystkich, poza tym jednym mężczyzną, zostanie ocalona.

czwartek, 28 lutego 2013

Nieżal.pl


Jest czego żałować. Zmarnowanych lat, poświęconych na rzeczy, które ostatecznie nie przerodziły się w nic wielkiego – lat rozkręcania biznesu, który upadł, zdobywania doświadczenia w branży, w której już nie ma pracy, budowania związku, który się rozpadł itp. Zmarnowanych i niewykorzystanych szans, bo "coś" się po drodze wydarzyło. Wiele błędnych decyzji i czasu poświęconego na coś, co ostatecznie nie wyszło. Żałować?

Jeśli przyjmiemy, że w każdym momencie podejmujemy decyzję zgodną ze sobą – z aktualnym sobą, ze swoim stanem wiedzy, nastrojem, przeczuciem, ograniczeniami, brakiem asertywności i wszystkim co składa się na nas,  to znaczy, że inaczej być nie mogło. Z perspektywy, znając konsekwencje wyboru i mając szerszą wiedzę, możemy kwestionować jego zasadność, możemy wymyślać setki sposobów, na jakie można byłoby lepiej rozwiązać dany problem... ale to teraz. Po fakcie.

To już przeszłość. Decyzje zostały podjęte i w danym momencie prawdopodobnie były najbardziej zgodne z nami. Gdybyśmy tylko byli mądrzejsi... ale nie byliśmy.

I nigdy się nie dowiemy, co by było gdybyśmy wybrali inaczej w jakimkolwiek punkcie. Może się wydawać, że byłoby o wiele lepiej, ale kto może mieć pewność? Więc nie ma sensu spekulować.

Człowiek jest sumą własnych wyborów. I zarówno mądre decyzje, jak i te, które po latach uważamy za błędy, doprowadziły nas do punktu, w którym teraz jesteśmy. I najważniejsze jest właśnie Tu i Teraz – czy jest ok w punkcie, w którym jesteśmy, a jeśli nie, to co trzeba robić żeby się tam wysterować.

Może kilka lat błądzenia było potrzebne, żeby teraz żeglować w zupełnie innym kierunku? Może trzeba było kilku „zmarnowanych” (z obecnej perspektywy) lat, żeby wreszcie dojrzeć do pewnych myśli i podejść? Inni mogli do tego dojść wcześniej – ale MY może właśnie potrzebowaliśmy tych kilku błędów, „bezsensownych” wyborów i poglądów, które teraz nam się wydają śmieszne i głupie? Może właśnie dzięki nim teraz możemy działać dalej?

Żeby być właśnie w tym miejscu w życiu, gdzie stoimy i mieć takie możliwości, jakie mamy przed sobą.

I tak samo może decyzja, która teraz wydaje nam się najlepsza, za rok będzie wspominana jako gruby błąd? Ale na dzień dzisiejszy wydaje się najlepsza.

I see it all perfectly; there are two possible situations - one can either do this or that. My honest opinion and my friendly advice is this: do it or do not do it - you will regret both.
- Soren Kierkegaard