sobota, 30 listopada 2013

Ignoracja

Jestem ignorantem.

Jakiś czas temu rozmawiałem z Kasią z poprzedniej firmy, gdzie pracowałem, tuż przed przeprowadzką do Bułgarii. Zapytała się mnie o wybitnych Bułgarów... i poległem. Poza kilkoma postaciami z historii, pełnej walk narodowowyzwoleńczych i Hristo Stoichkova i Dimitra Berbatova kopiących piłkę nie byłem w stanie nic powiedzieć. Nie poznałęm jeszcze Johna Vincenta Atanasoffa, konstruktora pierwszego elektronicznego komputera... Petara Petrova czy Ivana Notcheva. Zapytany o jakikolwiek tytuł bułarskiego filmu nie byłem w stanie (dotychczas) nic odpowiedzieć. Nie mówiąc o literaturze, innych sztukach, wybitnych filantropach. Pokora.

Odbiłem pytanie. A nasi sąsiedzi? Sławni Czesi, wybitni Białorusini, uzdolnieni Słowacy czy Litwini o znacznych dokonaniach? Ilu ludzi ze świata polityki, filozofii, sportu, sztuki, nauki, biznesu jesteśmy w stanie wymienić? Pokora.

Polaków bez problemu, ale najłatwiej być prorokiem we własnym kraju. To naturalnie przychodzi, bo uczymy się o historii Polski. A co z historią sąsiadów? Z historią innych części Europy, innych części świata? Co wiem o przemianach Europy na przestrzeni wieków? Szczególnie tej mniej spektakularnej, bez Wielkich Armad i odkryć geograficznych. A sięgając tylko kawałek dalej, choćby na taki na Kaukaz?

Czy naprawdę wybitne postaci są tylko w Stanach Zjednoczonych i Zachodniej Europie? (Francuzów, Niemców, Anglików, Hiszpanów czy Amerykanów wymienię bez problemu - przynajmniej paru). Czy to tylko nasz fokus się tam geograficznie umiejscowił?

Refleksja powróciła do mojej głowy po artykule o mapie Europy uzupełnianej przez Amerykanów. Poziom wiedzy żenujący. Odbijam piłęczkę - zróbmy to samo z mapą Afryki, Azji Południowo-Wschodniej albo Centralnej, czy Ameryką Środkową. Jestem ignorantem, jest pole do pracy nad sobą i swoim stanem wiedzy.


Mówi się, że świat już został odkryty, nie ma nic nowego do poznania. Nie ma już tajemnic. Ale jak szukać nowego, kiedy jest tyle starego do poznania? A przecież to klucz do zrozumienia tego, co jest obecnie i co może być w przyszłości. Historia polityki, nauki, sztuki - to wszystko składa się na dzisiejsze kraje i kultury.

Tyle do poznania, tyle do nauczenia. Pokora. I miejsce do nadrabiania zaległości. Do książek, do filmów, do internetu.

sobota, 23 listopada 2013

Nie oceniaj mnie!

Most people do not listen with the intent to understand. They listen with the intent to reply.
- Steven Covey

A cóż lepszego w odpowiedzi, jak nie ocena? Robisz źle, robisz dobrze, ja to bym zrobił tak, to nie przyniesie skutku. Ocena, która może wynikać z dobrych intencji - nawet jest tak bardzo często - ale jakże często jest zupełnie nietrafna.

Nie wiesz, nie wiesz, nie rozumiesz nic.
- Buzu Squat, Nasze przebudzenie

Uważam na ludzi, którzy zanim wydadzą opinię nie zadają 3-4 pytań. Pogłębiających, jeśli mam być precyzyjny w terminologii, tzn. zdobywających więcej informacji o temacie - powodach, odczuciach aktualnych oraz przewidywanych planach i ich skutkach. Bez tego ich opinia/ocena/porada na czym zostaje ustawiona? Na ich postrzeganiu danej sytuacji, im mniej mają informacji tym dalszym od zrozumienia.

Przydatne pytania, zanim sięgniesz po zdanie oznajmiające w istotnej sprawie, to:

- Dlaczego?
Stanowczo moje ulubione. Decyzja wynika z czegoś, z jakiegoś stanu rzeczy, z jakiejś chęci zmiany lub utrzymania stanu obecnego. Jeśli nie, to wynika z kaprysu, chwilowej potrzeby. Też ok. Czasem ludzie sami nie rozumieją, albo się nie zastanawiali czemu postąpili w taki a nie inny sposób. Może tym pytaniem pomożemy im dojść do źródeł?

Powody mogą być dla nas zupełnie nieznane wcześniej, coś o czym nie wiedzieliśmy, coś, co sprawia, że decyzja nie wydaje się już tak okrutnie niezrozumiała i błędna. Lub ta pozornie doskonała nabiera nowego wydźwięku.

- Co chcesz przez to osiągnąć?
Zrozumienie motywacji zachowania/decyzji, celu, jaki przyświeca na końcu długiego tunelu. Jak możemy ocenić zachowanie, nie wiedząc co miało na celu? Do czego zmierza ten pierwszy lub kolejny krok, co jest pożądane na mecie? Pokrywa się to trochę z poprzednim "dlaczego", ale bardziej ukierunkowuje na cel.

- Co teraz myślisz o tej decyzji/sytuacji?
Informacje o tym, co dzieje się obecnie. Jakie są dotychczasowe skutki, problemy, korzyści. Bez tego mamy tylko mgliste wyobrażenie jak my sami czulibyśmy się w takiej sytuacji.

- Co planujesz w dalszej kolejności?
Po co strzępić język własnym pomysłem, kiedy ktoś może mieć już całkiem interesujące własne idee na przyszłość?

Wbrew pozorom, taka beznadziejnie empatyczna gadka ma głębokie korzenie w biznesie. Żeby wydać trafną rekomendację na przyszłość, trzeba sięgnąć do przeszłości firmy, powodów jej działań, ocenić sytuację obecną przez pryzmat potrzeb i problemów. Poznać wizję przyszłości, cel jaki przyświeca jej istnieniu - i wtedy dopiero można powiedzieć czy droga, na której jest, jest dobra, czy potrzebna jest korekta i jaka.

Tymczasem zakładamy, że świetnie znamy zarówno przeszłość, odczucia obecne jak i wizję przyszłości osoby, wobec której wydajemy ocenę albo której staramy się doradzić. Że ma spójną z nami hierarchię potrzeb, bo przecież każdy człowiek chce tego samego.

I want it all and I want it now!
- Freddie Mercury, I want it all

Zrozumienie przede wszystkim. Może potem ocena będzie zupełnie inna, niż ta, która przyjdzie nam do głowy po wysłuchaniu pierwszego zdania.

Zanim kogoś skrytykujesz, przejdź w jego butach jedną milę. Dzięki temu, gdy zaczniesz krytykować, znajdziesz się w bezpiecznej odległości i będziesz miał jego buty.
- Zen sarkazmu

Część druga tryptyku ocennego (pierwsza tutaj: Oceniaj mnie!)

czwartek, 14 listopada 2013

Judasz Partiota

Nie jestem patriotą

A jakże, aktualnie. O patriotyzmie ostatnio głośno w negatywnym tego słowa (jest takie?) znaczeniu. Cała sytua prowokuje do myślenia czy sam jestem patriotą i dochodzę do wniosku, że chyba - w tradycyjnym pojmowaniu - nie. Pomijając oczywiście to, że nie golę głowy.

Nie czerpię dumy z tego, że jestem Polakiem. Bo z czego, patrząc na człowieka jako jednostkę? Nie jest to ani lepsze, ani gorsze od bycia Niemcem, Gruzinem, Rosjaniniem, Hindusem czy Paragwajczykiem. To przecież miejsce urodzenia, całkowicie przypadkowe. 


Aby być dobrze zrozumianym. Nie neguję wielkich Polaków, bohaterów czasu wojny i pokoju. Wręcz przeciwnie. Tych z czasu pokoju szanuję za wkład w rozwój kultury i nauki, za to ile wnieśli w życie człowieka (nie tylko Polaka!). Tych z czasu wojny szanuję za walkę o wolność. Wolność człowieka, który zmagał się z opresjami ze strony okupanta, najeźdźcy, zaborcy. Za walkę o wolność wyznania, języka, za walkę w obronie życia. Tak długo jak to walka o swobodę lub walka obronna, szanuję ich.

Istotą nie jest dla mnie ta czy inna flaga. To zestaw kolorów, nazwa, godło. Liczy się stan faktyczny, czyli to co za tym idzie dla pojedynczego cz łowieka. Może to wstyd. Może porywam się na świętości. Może nie jestem dobrym Polakiem. Ale zawsze ważniejsze dla mnie będzie być dobrym człowiekiem.

---------

A więc jesteś Polakiem?

- A więc jesteś Polakiem. To tylko kultura, geografia, język. Oceniam cię ani dobrze, ani źle. Może nieco bardziej pozytywnie bo jesteś mi bliski  przez te czynniki. Ale to dalej carte blanche i to od Ciebie, od Twojego zachowania będzie zależało czy będę cię lubił i szanował. Nie przez pochodzenie czy przynależność narodową. Nie przez to gdzie mieszkasz, w jakim języku mówisz czy kim był twój ojciec, matka czy pradziad. Twój pradziadek mógł stać z Mauserem na wieżyczce w Oświęcimiu - to nadal nic nie mówi o t o b i e. Tylko i wyłącznie o nim. A co do ciebie, to mój szacunek lub pogardę zdobędziesz tylko przez to jaki jesteś i co robisz.



--------

O niepodległości


Co do manifestacji - może jestem zbyt konstruktywnie nastawiony. Dla mnie o wiele lepiej, gdyby ci ludzie poszli do muzeum, przeczytali książkę o kimś, kto oddał życie w walce o wolność, obejrzeli film. Porozmawiali z dziećmi, z sąsiadami, z przyjaciółmi. A potem zebrali się wspólnie i posprzątali trawnik przed blokiem, chodnik do sklepu albo zbudowali pieprzony karmnik dla ptaków. Z tupotu maszerujących tysięcy stóp nikomu nie poprawi się życie, a niektórym wręcz pogorszy - co widać po zamieszkach i poszkodowanych. Zmarnowana energia, na świętowanie czegoś, co nie ma miejsca. Nie jesteśmy wolni i niepodlegli tak długo, jak długo boimy się wygłaszać własne poglądy w miejscu naszego zamieszkania. Jak długo hamujemy się, by być sobą. W obawie, że zostaniemy obrażeni, pobici, okradzeni, a nasz dom otoczy rozwścieczony tłum z maczetami i pałkami. Może i Polska jest niepodległa i wolna, ale Polacy nie.

--------

Mały materiał uzupełniający w podobnym podniosłym tonie narodowościowym - sprzed roku. Ha - listopad miesiącem rozważań przynależności narodowej.

niedziela, 23 czerwca 2013

Półuczestnictwo

Wokół pachniało świeżo ściętą trawą, czerwiec. Właściwie to powinien być zapach majowy, ale wszystko w tym roku się jakoś pochrzaniło. Nie tylko z pogodą.

- Nie umiem uczestniczyć w tym świecie.

Jay albo czekał na jakąś kontynuację z mojej strony, albo - w charakterystyczny dla siebie sposób - po prostu nie spieszył się z odpowiedzią. Nigdy nie wiedziałem, ale nauczyłem się w rozmowach z nim dostosowywać do jego rytmu. Inaczej zmieniałem je w pospieszne i chaotyczne wylewanie własnych myśli, a do tego przecież nie była mi potrzebna druga osoba.

Nie umiem uczestniczyć w tym wszystkim, w tym w czym powinienem. W czym powinienem umieć, a na dodatek - albo przede wszystkim - powinienem chcieć. W terminach i deadline'ach, w organizowaniu, ba, układaniu sobie życia. Zawodowego, bo przecież trzeba. Prywatnego, bo też czas goni. W ustaleniach,w  zobowiązaniach, w powinnościach. W odpowiednim zachowaniu, tak jak wypada. Nie wiem jak wypada. W jakiś ułomny, patologiczny sposób po prostu nie wiedziałem jak wziąć udział w całej tej grze. Zwanej życiem. Ha, odkrywcze porównanie, nie ma co.

Odwrócił wzrok dotychczas utkwiony w przelatujący bezgłośnie samolot, zostawiający za sobą smugę dymu. Spojrzał na mnie i wiedziałem, że wiedział. Usłyszał to wszystko, co przed chwilą myślałem, zresztą słyszał to już wcześniej. Jay jak nikt inny umiał wsłuchiwać się w życia innych między padającymi z ich ust słowami.

- I nie umiesz się z niego wyłączyć.

Miał rację. To jeszcze jedna rzecz o Jay'u. Miał rację zdecydowanie zbyt często. Bo to, co uświadamiał, zwykle sprawiało, że człowiek chciał się pochlastać jeszcze bardziej. Ale bezlitośnie nie zwracał na to uwagi, jak maszyna zwracająca po prostu prawidłowy wynik. Wydruk losu z loterii, który mówi "Nie wygrałeś". Bez przepraszam, bez słowa wyjaśnienia dlaczego. Tak jest.

- To gdzie w takim razie jestem? Nie umiem uczestniczyć w świecie, nie umiem się z niego wyłączyć. Co mi zostaje? Jakieś marne półuczestnictwo w tym wszystkim? Kulawe branie udziału w życiu, nigdy nie dochodząc do pełnoprawnego członkostwa? Miotanie się od jednego końca do drugiego, jak człowiek zamknięty w ciasnym pokoju, nie mogąc wyjść ani przez jedne, ani przez drugie drzwi?

Jednak myliłem się. Nie potrafiłem dostosować się do jego rytmu.

- Półuczestnictwo... Problem polega na tym, że   c h c e s z   uczestniczyć w tym świecie. - podniósł się z ziemi i usiadł ze mną na ławce.- Frustracja rodzi się, kiedy czegoś chcesz, a nie potrafisz.

- To nie jest tak, że chcę. Po prostu muszę, nie da się inaczej. Nie da się wyłączyć tak po prostu z systemu podatkowego, z obrotu pieniędzmi. Trzeba jakoś zarabiać, a więc trzeba mieć pracę. Jak inaczej? A mieszkanie? Gdzie mam mieszkać? Nie da się tak po prostu wyoutować z tego świata, trzeba w nim uczestniczyć i trzeba się tego nauczyć.

Widziałem, jak niewygodnie mu na ławce. Zawsze o wiele bardziej wolał siedzieć na ziemi, nawet na chodniku. Wreszcie prawie się położył na oparciu.

- Trzeba uczestniczyć w   t y m   świecie?

W tej chwili zdałem sobie sprawę, jak tak naprawdę mało wiem o Jay'u.

czwartek, 20 czerwca 2013

Znów przycinek



Nawet nie zauważyłem, kiedy w moim życiu zaroiło się od znaków przestankowych. Nadciągnęły niepostrzeżenie, po kilka-kilkanaście naraz, ale każdy ściągał zaraz za sobą kolejne. Jak nielegalni imigranci przygotowujący miejsce dla reszty swojej rodziny w nowym kraju. Z tym, że byłem święcie przekonany, że moi imigranci przybywali z Zachodu.

Człowiek zauważa, że w pewnym momencie zaczyna się budzić rano od razu z wykrzyknikami w myślach. Kilka wykrzykników jednocześnie, jeden zupełnie inny od drugiego, ale razem tworzyły chaotyczną, przyprawiającą o mdłości bandę. Poranek nie jest stworzony do wykrzykników, a one wdzierały się w jego świętość z pełnym zdecydowaniem i jakąś barbarzyńską żądzą zniszczenia jego sacrum.

Ale nie chodzi tylko o wykrzykniki. Zauważyłem, że zacząłem coraz bardziej żyć po przecinku. Taką zmianę się zauważa jeśli wcześniej żyło się pełnymi zdaniami, bogatą formą, a nagle, zupełnie znikąd, zostajemy z życiem poszatkowanym na małe podzdania, fragmenty, aż wreszcie strzępy. Jednocześnie zdania zaczęły być coraz dłuższe, kluczące, skaczące po tematach. Z niemożnością postawienia kropki, zamiast której wcinał się kolejny i kolejny przecinek. Jak niekończąca się wyliczanka na placu zabaw – w oczekiwaniu na wybór berka dzieci stają się znudzone, dorośleją, starzeją się aż wreszcie umierają. Tak czułem się z moimi przecinkami, pośrodku placu moich spraw.

Jeszcze gorsze były średniki, które pojawiły się jakiś czas po przecinkach. One pozostawiały niedokończoną pewną myśl, a zaraz za sobą rozpoczynały kolejną zupełnie z nimi niezwiązaną. Średniki to chaos, chaos w czystej postaci. O tyle podstępny, że jeszcze stara się udawać porządek i pewną strukturę, ale to tylko wybieg. Potrafią zmieniać kierunek myśli kilkukrotnie w trakcie jednego zdania, wcale go nie kończąc, aż wreszcie mózg zapomina co było na początku, w środku, zostaje tylko koniec… i powrót do zapomnianej i niedokończonej myśli, którą zdanie się zaczęło.

O właśnie, wielokropki. W hierarchii moich przestankowych wrogów były zdecydowanie najgorszymi. Najbardziej wdzierały się w całą strukturę zdań, przerywając je w zupełnie niespodziewanych miejscach. Czasem wtedy, kiedy zaczynała się najlepsza zabawa, wielokropek kończył ją swoją arbitralną interwencją, wyglądającą pozornie jak niezdecydowanie. Z czasem zaczął próbować nawet w pół słowa…

Znaki rozmnożyły się jak zaraza, każąc budować karkołomne konstrukcje, epatujące formą i złożoną strukturą, ale nie pozwalające skoncentrować się na treści. Wzięły treść za wroga, zresztą ich walka jest odwieczna. Proste zdania nie potrzebują wielu znaków. Są im zbędne, bo w kilku słowach wyrażają istotę przekazu. Ale nie jest tak prosto pozbyć się nadmiaru znaków, kiedy już wedrą się z całym zdecydowaniem w życie, kiedy przespało się moment diametralnej zmiany konstrukcji zdań. 

środa, 5 czerwca 2013

Zakazy nie uczą


Zakazy nie uczą. Czego nie uczą - dokonywania wyboru, nie uczą myślenia, nie uczą charakteru. Bo o ile łatwiej karnie i posłusznie zatrzymać się przed zakazaną granicą, niż pomyśleć i dokonać własnej oceny czy warto ją przekraczać czy nie. Czy warto - ale ze względu na same konsekwencje czynu, a nie potencjalną karę.

Przed przekraczaniem ulicy na czerwonym świetle nie powstrzymuje groźba wpadnięcia pod samochód - bo taka groźba powstrzymuje  w ten sam sposób przed przechodzeniem w innej sytuacji, gdy jest to prawdopodobne - znajdują się i tacy, co przebiegają na ostrym zakręcie w godzinach szczytu tak czy siak. Jednak czerwone światło w środku nocy, gdy nic nie jedzie w odległości 300 metrów to osobna sytuacja. Zagrożenia nie ma (gdyby coś miało w ciągu 3 sekund się pojawić i cię zabić musiałoby pędzić 360 km/h), co więc powstrzymać ma nas przed przejściem? Konsekwencja złamania prawa - a z doświadczenia wiem, że w niektórych miejscach i o 2-giej w nocy można dostać mandat za przechodzenie na czerwonym. Bzdura.

autor: M. Raczkowski

Dochodzi do absurdów, gdy konsekwencje złamania zakazu są gorsze niż dokonania czynu. Motywacją zostaje strach, nie myślenie.


W sytuacji kiedy prawa do których się stosowaliśmy dotychczas znikają, część osób nie wie jak się zachować. Dotychczas mieli jasno powiedziane jakie są reguły gry, jakie są ich obowiązki i uprawnienia, jaka jest procedura postępowania. A tu nagle znikają - jak się odnaleźć? Nawet wracając do nieszczęsnego przykładu z przechodzeniem przez jezdnię, chwilę mi zajęło zanim nauczyłem się w Albanii wymuszać zatrzymanie się samochodów - przejścia dla pieszych nie działają, świateł nie ma prawie w ogóle. Nie chcę sobie nawet wyobrażać jak ciężko byłoby mi się nauczyć tam jeździć - a jednak ludzie jeżdżą i jakoś sobie radzą. Nie sposób porównać danych o wypadkowości ze względu na stan dróg, zagęszczenie samochodów i warunki atmosferyczne, także nie wiem który stajl jest lepszy.

Permanentne zakazy i stosowanie się do nich oddziela nas od "szczepionek". Szczepionek myślenia i odpowiedzialności za swoje decyzje. Oddziela nas od uczenia się umiaru, znajdowania złotego środka. A po zdjęciu zakazu może nastąpić efekt zachłyśnięcia się nowością - od skrajności w skrajność. Tutaj piję np. do przykładu z harcerstwa, gdzie mamy (przynajmniej w teorii) zakaz picia alkoholu (m.in.). Nie jestem do końca przekonany czy takie zerojedynkowe stawianie sprawy to najlepsze wyjście. Dla mnie nie było żadną trudnością stosować się do tego zakazu przez 25 lat życia - ot, nie skoro takie jest Prawo i złożone Przyrzeczenie, to nie robię tego i tyle. Trudność zaczyna się, kiedy nie ma jasno powiedziane, że nie można. Albo że "należy, powinno się". Trzeba samemu zdecydować ile można, kiedy można. Szkoła myślenia, szkoła woli.

Prawdziwą trudnością jest znaleźć się bez nakazów, zakazów i zasad sformułowanych przez mądre głowy. I umieć sobie poradzić własnym rozsądkiem.


PS. A słoń bo słoń.

piątek, 31 maja 2013

Dlaczego społeczeństwo nie może być szczęśliwe


Pamiętał doskonale swój referat sprzed dziesięciu lat, gdy jeszcze studiował makroekonomię. Samo uzasadnienie wydawało się na ten dzień jak najbardziej prawdziwe, zresztą wydarzenia, które po nim nastąpiły potwierdziły większość argumentów. Jednak główna teza wcale nie napawała go optymizmem - mimo wysokiej oceny końcowej z przedmiotu.

- System ekonomiczny zawaliłby się, gdybyśmy doprowadzili do stanu, gdzie społeczeństwo jest szczęśliwe. Całość gospodarki opiera się na niezaspokojonych potrzebach, to one stanowią bodziec do zakupów i konsumpcji, a przez to do pracy zawodowej. Brak motoru napędowego w postaci niezadowolenia ze stanu obecnego byłby prętem wsadzonym między tryby działającej dotychczas machiny.

Potrzeby, które napędzają ekonomię, nie muszą być prawdziwe. Wręcz przeciwnie - te prawdziwe, podstawowe, jesteśmy w stanie zaspokoić niewielkim nakładem pracy. Niezbędne jest więc wygenerowanie potrzeb dalszego rzędu, problemów bardziej abstrakcyjnych niż podstawy egzystencji. Potrzebne nam są niezaspokojone ambicje, niskie poczucie własnej wartości, brak akceptacji społecznej, wysokie i niedoścignione wzorce zamożności, powodzenia czy rozrywki. Potrzebny jest wzorzec ekscesywnej konsumpcji postawiony jako standard "normalności". Potrzebny jest wzorzec bogatych jednostek postawiony na piedestale, do których statusu uboższa jednostka będzie dążyć, w nadziei, że to rozwiąże jej problemy wewnętrzne i poczucie braku szczęścia i zadowolenia z życia.

Jednym słowem - aby gospodarka mogła działać, społeczeństwo musi być stale niezadowolone ze stanu posiadania i stopy życiowej.

Wyobraźmy sobie sytuację, gdzie każdy uczestnik rynku jest usatysfakcjonowany minimalnym zaspokojeniem potrzeb podstawowych. Ma niewielki dom, w zupełności wystarczający do mieszkania. Nie głoduje, ma co włożyć na siebie. Ma podstawowe przedmioty zapewniające mu w miarę komfortowe życie. Ma czas, który spędza z rodziną i bliskimi. Ma niewielki fundusz na czarną godzinę - w razie choroby.

Można powiedzieć, że część uczestników rynku jest na tym poziomie. Oczywiście, ale załóżmy, że jest na nim  k a ż d y. Zarówno szeregowy pracownik, kierownik, dyrektor jak i właściciel wielkiej korporacji. Nikt nie ma większych potrzeb finansowych niż ten poziom. Gdzie w takim razie trafia nadwyżka pieniędzy? Jak jest dystrybuowana?

A może jej nie ma, ponieważ nie ma potrzeby produkowania dóbr luksusowych? Nie ma potrzeby posiadania więcej niż inni, ponieważ każdy jest szczęśliwy i nie musi podbudowywać swojego ego posiadaniem drogiego zegarka, ogromnej willi czy złotego samochodu.

Po drodze z gospodarki odpada marketing. W końcu jako dziedzina bazuje na niezaspokojonych potrzebach - uświadomionych bądź nie. Jak można komuś sprzedać lepszy styl życia, skoro jest usatysfakcjonowany z obecnego?

But if less is more, how you're keeping score?
- Eddie Vedder, Society

Na czym w takim razie koncentruje się życie, jeśli nie na dążeniu do jego polepszenia? Co z postępem, co z badaniami? Przecież jeśli jesteśmy zadowoleni z życia po co nowe wynalazki? Czy ktoś jeszcze będzie chciał tworzyć coś, gdy zniknie motywacja finansowa i związana z nią obietnica luksusu i posiadania więcej niż się ma?

Załóżmy, że w kwestii konsumpcji ludzie poprzestają na racjonalnym poziomie. Ogólnie w takim razie poziom produkcji spada, ponieważ rynek konsumuje o wiele mniej. Rynek zbytu kurczy się drastycznie. Prowadzi to do oczywistych zwolnień. Setki milionów ludzi pozostają bez pracy - ponieważ nie są potrzebni z ekonomicznego punktu widzenia.

Nie są potrzebni...

Co ze sobą zrobią? Czy doprowadzi to z powrotem do nierówności, poczucia braku? Wrócimy do obecnej sytuacji, z rzeszą niezaspokojonych potrzeb osób bezrobotnych, tylko na niższym poziomie niż obecnie? Doprowadzimy po prostu do gigantycznej deflacji? Możemy to nazwać niewidzialną ręką rynku. Ja to nazywam błędnym kołem.

Dlatego właśnie społeczeństwo nie może być szczęśliwe - zapanowałby totalny chaos. Motywacja do działania musiałaby przybrać całkowicie inną formę. Musielibyśmy przybrać inną hierarchię wartości, sposób oceny, celów życiowych, wzajemnych relacji bez użycia siły pieniądza.

A całość świata, w jakim żyjemy, musiałaby ulec całkowitemu przedefiniowaniu i przeorganizowaniu - a na to nikt nie ma pomysłu.


Zarazem jednak uświadomiono sobie, że powszechny dostatek zagraża trwałości społeczeństw hierarchicznych; właściwie jest ich zgubą. W świecie, gdzie każdy pracuje krótko, ma pod dostatkiem żywności, mieszka w domku z bieżącą wodą, posiada lodówkę, samochód, a może nawet i awionetkę, znikają najbardziej rzucające się w oczy i najbardziej istotne przejawy nierówności. Powszechny dostatek oznacza zatarcie różnic. (...) Gdyby wszyscy byli jednakowo zamożni i dysponowali taką samą ilością wolnego czasu, ogromna masa ludzi dotychczas ogłupionych nędzą zdobyłaby wykształcenie i nauczyła się myśleć, a wówczas prędzej czy później zdałaby sobie sprawę, że uprzywilejowana mniejszość nie ma żadnej racji bytu i należy ją obalić. Społeczeństwo hierarchiczne musi opierać się na nędzy i ciemnocie, aby sprawnie funkcjonować.
- George Orwell, 1984